
I tu drgał w powietrzu szklany, łagodny dźwięk. Kashenblade mieszał herbatę. Był to potężny, łysy starzec. Twarz obwisłymi jak fartuch policzkami i fałdzistą skórą spod brody spoczywała na wyłogach munduru o naszywkach w kształcie galaktyk. Na biurku stały przed nim dwoma szeregami telefony, po ich bokach - aparaty zwiadowcze, pośrodku zaś - słoje noszące etykiety rozmaitych okazów, wszelako oprócz spirytusu niczego w nich nie dostrzegłem. Z nabrzmiałą żyłami łysiną zajęty był naciskaniem guzików, które powodowały zamilknięcie rozdzwaniającego się akurat telefonu. Gdy odzywały się po kilka naraz, uderzał pięścią w całą klawiaturę. Na mój widok palnął we wszystkie. Nastała cisza, w której czas jakiś podźwiękiwał łyżeczką.
– A, to wy! - rzucił. Głos miał potężny.
– Tak jest, to ja - odparłem.
– Czekajcie, nie mówić, już ja mam pamięć - mruknął, przypatrując mi się spod krzaczasto nawisłych brwi. - X-27 retranspulsja kontrastellarna Cygni Eps, hę?
– Nie - powiedziałem.
– Nie? A! No! Ba!! Morbilatrynx B-KuK osiemdziesiąt jeden, koma, operacja Gwózdek? Bi jak Bipropoda?
– Nie - powiedziałem, próbując podsunąć mu przed oczy moje wezwanie, lecz odtrącił je niechętnie. - Nnnie?… - mruknął. Wyglądał na urażonego w swej dumie. Zamyślił się. Zamieszał herbatę. Telefon dźwięknął. Zdławił go lwim ruchem.
– Plastykowy? - rzucił mi nagle w twarz.
– Niby ja? - spytałem. - Nie, raczej nie - zwyczajny… Kashenblade jednym uderzeniem zdusił hałasujące od chwili telefony i przyjrzał mi się raz jeszcze.
– Operacja Hyperbóg… Mammacyklogastrozaur… en-ta-ma, penta-kla… - próbował jeszcze, nie chcąc pogodzić się z niespodzianą luką w swej nieomylności, a gdy nie odpowiadałem, oparł się potężnymi dłońmi o klawisze i huknął:
