
Rozmyślania te przerwało zjawienie się młodego bruneta w mundurze i przy szabli; przedstawił się jako tajny adiutant komenderała, porucznik Blanderdash, i uścisnąwszy mi znacząco rękę powiedział, że jest przydzielony do mej osoby. Poprosił mnie do gabinetu mieszczącego się po przeciwnej stronie korytarza, poczęstował herbatą i jął unosić się nad mymi zdolnościami, niecodziennymi, w jego mniemaniu, skoro Kashenblade powierzył mi taki orzech do zgryzienia. Zachwycał się też naturalnością mojej twarzy, szczególnie nosa, aż zorientowałem się, że jedno i drugie ma za przyprawione. Mieszałem w milczeniu herbatę, uważając, że jak najbardziej na miejscu będzie powściągliwość. Jakoż po kwadransie porucznik przeprowadził mnie oficerskim przejściem do służbowej windy, którą odpieczętowaliśmy wspólnie i pojechali na dół.
– Ale, ale - rzucił, kiedy stawiałem już nogę na korytarzu - czy pan skłonny jest do poziewania?
– Nie zauważyłem… a co?
– Ach, nic… ziewającemu można po prostu zajrzeć do środka, wie pan… a nie chrapie pan aby?
– Nie.
– O, to dobrze. Przez chrapanie kończy się tylu naszych ludzi…
– Co się z nimi stało? - rzuciłem niepotrzebnie. Uśmiechnął się, dotykając futerału, który okrywał mundurowe naszywki.
– Jeżeli to pana interesuje, może obejrzy pan nasze kolekcje? Akurat na tym piętrze… gdzie te kolumny… to jest Wydział Zbiorów…
– Jak najchętniej - odparłem - ale nie wiem, czy możemy dysponować tak swobodnie czasem?
– Ależ naturalnie - odparł, wskazując mi z lekkim ukłonem właściwy kierunek - to nie będzie zresztą proste zaspokojenie ciekawości… Im więcej się w naszym fachu wie, tym lepiej…
Otworzył przede mną zwykłe, biało lakierowane drzwi.
