
— Słucham?
— Miecz. Jestem gotów go przyjąć.
— To mój miecz. Nie pozwalam go nikomu dotykać.
— Ale…
— Ale co?
— Pani Jeziora zawsze… Zawsze przecie wynurza się z wód i darowuje miecz.
Milczała jakiś czas.
— Rozumiem — powiedziała wreszcie. - Cóż, co kraj, to obyczaj. Przykro mi, Galahadzie, czy jak ci tam, ale najwidoczniej trafiłeś nie na tę Panią, co trzeba. Ja niczego nie rozdaję. I nie pozwalam sobie odebrać. Żeby wszystko było jasne.
— Ale przecie — odważył się — przybywacie z Faërie, Pani, czyż tak?
— Przybywam — powiedziała po chwili, a jej zielone oczy, wydawało się, patrzą w otchłań przestrzeni i czasu. - Przybywam z Rivii, z miasta o tej samej nazwie, Znad jeziora Loc Eskalott. Przypłynęłam tutaj łodzią. Była mgła. Nie widziałam brzegów. Słyszałam tylko rżenie. Kelpie… Mojej klaczy, która biegła za mną w ślad.
Rozpostarła mokrą koszulę na kamieniu. A rycerz westchnął znowu. Koszula była wyprana, ale niedokładnie. Wciąż znać było zacieki krwi.
— Przyniósł mnie tu nurt rzeki — podjęła dziewczyna, albo nie widząc, co spostrzegł, albo udając, że nie widzi. - Nurt rzeki i czar jednorożca… Jak nazywa się to jezioro?
— Nie wiem — przyznał. - Tyle tu jezior w Gwynedd…
— W Gwynedd?
— Przecie. Tamte góry to Y Wyddfa. Gdy je mieć po lewej ręce i jechać lasami, po dwóch dniach dotrze się do Dinas Dinlleu, a dalej do Caer Dathal. A rzeka… Najbliższa rzeka to…
— Nieważne, jak nazywa się najbliższa rzeka. Masz coś do jedzenia, Galahadzie? Umieram wprost z głodu.
