
— I to jest twoja Prawda?! — zawołałem.
— Tak, proszę pana. To jest odmienny sposób widzenia rzeczy. Spojrzenia na rzeczy z góry. Kiedy pan raz zobaczy — kiedy zobaczy pan naprawdę — o! Ale na Ziemi uważano, że to… halucynacja, i kazano mi zaprzestać.
— Potrafiłbyś nauczyć tej metody?
— Oczywiście, proszę pana, ale to wymaga czasu… Panie Tully, czy chce pan przez to powiedzieć, że zostaję?
— Możesz zostać, Franklin. Co więcej, gdybyś próbował odjechać, zabiłbym cię na miejscu.
— Och, dziękuję panu! A moja siostra? Może tu przyjechać?
— Ależ naturalnie! Jakżeby inaczej! Jak tylko przyjedzie…
Usłyszałem okrzyk zdumienia, wydany przez ludzi z Sekcji Kopalnianej. Włosy zjeżyły mi się na głowie. Odwróciłem się z wolna.
Przede mną stała wysoka, szczupła dziewczyna z oczami jak spodki. Patrzyła dookoła jak lunatyczka, mrucząc:
— A więc to jest Mars! — Potem zwróciła się do mnie, oblana rumieńcem: — Bardzo pana przepraszam… ale ja… ja słyszałam pańską rozmowę.
