
Inaczej mówiąc, do mnie należało zajmowanie się pasażerami na gapę. Ten mógł mieć jakieś dwadzieścia lat. Wzrostu był wyższego niż metr dziewięćdziesiąt, a ważył zaledwie jakieś pięćdziesiąt kilo. Skóra i kości. Nos jego przybrał w naszym dobroczynnym, marsjańskim klimacie zabawną czerwoną barwę. Miał duże niezgrabne ręce i dusił się jak ryba wyrzucona z wody w naszą dobroczynną atmosferę. Naturalnie nie miał inhalatora. Pasażerowie na gapę nigdy ich nie mają.
Zbliżyłem się do niego i powiedziałem:
— No i co pan myśli? To zabawne wrażenie, prawda, znaleźć się na autentycznej obcej planecie.
— Pewnie! — dyszał pasażer na gapę.
Jego skóra z powodu braku tlenu stawała się niebieska, z wyjątkiem końca nosa, który świecił teraz jaskrawą czerwienią. Postanowiłem, że jeszcze przez chwilę pozwolę mu cierpieć.
— A więc po kryjomu załadowaliśmy się razem z ładunkiem. Chciało się odbyć gratisową przejażdżkę na uroczą, zachwycającą planetę Mars?
— Pan… pan niesłusznie uważa mnie za zwykłego pasażera na gapę — zaprotestował. — Jak by to powiedzieć… jak by to powiedzieć…
— …jak by to powiedzieć, dałem łapówkę kapitanowi skończyłem za niego.
Zaczął niebezpiecznie chwiać się na długich, chudych nogach. Wyjąłem mój zapasowy inhalator i założyłem mu na nos.
— Tędy, darmozjadku! Postaramy się znaleźć dla ciebie coś do zjedzenia. A potem utniemy sobie poważną rozmówkę w cztery oczy.
Musiałem trzymać go za ramię, żeby doprowadzić aż do messy. Tak przewracał oczami, że za każdym krokiem mało brakowało, a byłby się o coś potknął i potłukł. Kiedy znaleźliśmy się wreszcie w środku, wyregulowałem ciśnienie atmosferyczne i kazałem mu odgrzać kotlet wieprzowy i fasolę.
Łapczywie połknął wszystko, obrócił się na krześle i uśmiechnął się od ucha do ucha.
— Nazywam się Johny Franklin — oświadczył. — Mars! Wciąż jeszcze nie mogę uwierzyć, że tu jestem!
