— Wszyscy się na mnie oburzyli. Powiedzieli mi, że jestem wariatem i lepięj zrobię, jeśli będę milczał. Ale ja nie mogłem milczeć, panie Tully, bo przecież chodziło o Prawdę. Wobec tego chcieli mnie zamknąć, a ja uciekłem na Marsa.

To już szczyt wszystkiego! — myślałem. — Tylko tego nam brakowało, żeby jakiś Franklin, fanatyk jak za dawnych czasów, przybył, żeby nas nauczyć, nas, uczonych!

— A to jeszcze nie wszystko — powiedział Franklin. — Uważa pan, że to nie wystarczy?

— Oni teraz także szukają mojej siostry. Widzi pan, kiedy ona zrozumiała Prawdę, zapragnęła ją głosić. Rozumie pan, to przecież jest Prawda. Więc musi się teraz ukrywać, dopóki… dopóki… — Wytarł nos i przełknął ślinę. Myślałem, że pokażę panu, jak mogę się przydać na Marsie, a potem mogłaby tu do mnie przyjechać moja siostra i…

— Wystarczy! — przerwałem.

— Tak jest, proszę pana.

— Nie chcę nic więcej słyszeć. Dość już słyszałem.

— Nie chce pan, żebym objawił Prawdę? — zapytał z uporem. — Mógłbym panu wyjaśnić…

— Ani słowa! — warknąłem. — Dobrze, proszę pana.

— Franklin, nie mogę dla ciebie nic zrobić, absolutnie nic. Nie masz żadnych wymaganych kwalifkacji. Nie mam prawa pozwolić ci tu zostać. Jedyną rzeczą, jaką mógłbym dla ciebie zrobić, to pomówić z dyrektorem.

— Och! Stokrotne dzięki, panie Tully! Czy może mu pan wytłumaczyć, że nie przyszedłem jeszcze do siebie po tej podróży? Któregoś dnia, kiedy odzyskam siły, pokażę panu…

— Dobrze, dobrze! — powiedziałem i oddaliłem się pospiesznie.

Dyrektor spojrzał na mnie tak, jakbym nagle kompletnie oszalał.

— Ależ, Tully! Zna pan przecież regulamin.

— Naturalnie — odparłem. — Ale on z pewnością mógłby się przydać. Naprawdę nie mam odwagi go odesłać.

— Utrzymanie człowieka na Marsie wynosi pięćdziesiąt tysięcy dolarów rocznie. Myśli pan, że on jest tyle wart? — Tak, wiem o tym. Ale naprawdę mi go żal. On się tak rwie do pracy, może moglibyśmy…



7 из 10