Próbował poruszyć rękami, bo nie chciał spuścić oczu ze światełka. Podchodziło jak gdyby bliżej — może 1,9 kilometra od dziobu, może 1,8. Doganiało go?

Chciał podnieść rękę — nie mógł. Drugą — nie to nawet, żeby nie mógł! Nie czuł swoich rąk — jak gdyby w ogóle nie istniały. Chciał popatrzeć na nie — kark ani drgnął. Był napięty, sztywny jak pień.

Chwyciła go panika. Dlaczego do tej pory nie zrobił tego, co było jego świętym obowiązkiem? Dlaczego, po spotkaniu światełka, nie wywołał natychmiast przez radio Bazy i nie zameldował o nim?

Bo się wstydził. Wilmer i Thomas na pewno także się wstydzili. Mógł sobie wyobrazić śmiech, który wybuchłby w kabinie nasłuchu. Światełko! Białe światełko, które najpierw ucieka przed statkiem, a potem goni go! Rzeczywiście! Powiedzieliby mu, żeby się uszczypnął i zbudził.

Teraz było mu wszystko jedno — raz jeszcze spojrzał w ekran i powiedział: — AMU 111 Patrol do Bazy…

To znaczy: chciał powiedzieć. Ale nie mógł. Głos nie wydobył mu się ż gardła — tylko jakiś nieartykułowany bełkot. Wytężył wszystkie siły — z jego ust buchnął ryk. Wtedy — po raz pierwszy — oczy jego zeszły z gwiazdowego ekranu i padły na lustro. Przed nim, w fotelu pilota, w okrągłej, żółtej haubie, siedział potwór. Miał olbrzymie, obrzękłe, wybałuszone oczy, pełne piekielnej grozy, rozdarte na boki i w dół żabie usta — bełtał się w nich ciemny język. Zamiast szyi drgały mu jakieś napięte struny, dygocące bez ustanku, tak że dolna szczęka tonęła w nich — i ta maszkara o szarej, puchnącej gwałtownie twarzy, ryczała.

Usiłował zamknąć oczy — nie mógł. Chciał spojrzeć z powrotem w ekran — nie mógł. Potwór, przykrępowany do fotela, drgał coraz gwałtowniej, jakby chciał rozerwać pasy. Pirx patrzał na niego — bo nic innego nie mógł zrobić. Sam nie czuł żadnych drgawek — nic. Czuł tylko, że zaczyna się dusić — że nie może wciągnąć powietrza.



21 из 25