
Podszedł, trzymając się liny, do fotela. Nie mógł w ogóle myśleć. Ręce zaczynały mu się trząść, dopiero teraz, ale to był zwykły efekt, jaki następuje po szoku — to znał, tego się nie bał. Coś zmieniło się przed samym fotelem…
Wierzch kasety automatycznego nadajnika był wgnieciony. Pchnął pokrywę — spadła. W środku — pełno potrzaskanych części. Jak to się stało? Chyba on sam kopnął nadajnik. Kiedy?
Usiadł w fotelu, włączył dyszę odchylającą, wszedł w skręt.
Biała tarczka zawahała się, popłynęła przez ekran, doszła do jego brzegu — i, zamiast zniknąć, odbiła się od niego jak piłka! Wróciła na środek!
— Ty, bydlę! — krzyknął z nienawiścią i obrzydzeniem.
I przez takie świństwo omal sam nie przeszedł na „stałą orbitę”!! Jeżeli światełko nie uciekało przy skręcie poza ekran — znaczyło to, rzecz prosta, że go w ogóle nie ma — że produkuje je sam ekran. Bo ekran nie jest przecież oknem — rakieta nie ma żadnych okien. Ma urządzenie telewizyjne — na zewnątrz, w pancerzu, są obiektywy, a w środku — aparatura, transformująca ich impulsy elektryczne w obraz — na ekranie katodowym. Popsuła się? W taki dziwny sposób? Czy u Wilmera i Thomasa też? Jak to było możliwe? I — co się z nimi potem stało? W tej chwili miał co innego na głowie. Włączył awaryjny nadajnik.
— AMU 111 Patrol do Bazy — powiedział. — AMU 111 Patrol do Bazy. Jestem na granicy sektorów 1009 i 1010, strefa równikowa, wracam po wykryciu awarii… Kiedy Pirx wylądował w sześć godzin później, rozpoczęły się wielkie badania, które trwały miesiąc. Najpierw specjaliści zabrali się do aparatury telewizyjnej. Była to nowa, udoskonalona aparatura — wszystkie AMU Patrolu miały taką. Zamontowano ją przed rokiem i sprawowała się świetnie. Nigdy nie było najmniejszego defektu.
Po wielu mękach elektronicy wykryli wreszcie mechanizm powstawania światełka.
