
Co prawda sektor ma tysiąc sześćset bilionów kilometrów sześciennych, ale też należał do spokojnych — ani jakichś zagrożeń meteorytowych, ani stałych rojów, ani nawet żadne szlaki starych, od stu lat nie widywanych komet tamtędy nie przechodziły — a wiadomo, że taka kometa lubi się czasem rozpaść na kawałki gdzieś w pobliżu Jupitera, w jego „perturbacyjnym młynie”, i potem cyka stamtąd co jakiś czas po swoim starym kursie kawałkami roztrzaskanej głowy. Ale w tym sektorze w ogóle nic nie było — ani satelita żaden o niego nie zawadzał, ani planetoida, nie mówiąc nawet o Pasie — i właśnie przez to, że próżnia była tam taka „czysta”, nikt nie lubił w nim patrolować.
Niemniej jednak Wilmer znikł w nim jako drugi, a jego taśma rejestracyjna, naturalnie dziesięć razy przesłuchana, fotografowana, powielana i przesyłana do Instytutu — powiedziała akurat tyle co taśma Thomasa, to znaczy nic. Jakiś czas sygnały nadchodziły, a potem przestały nadchodzić. Automatyczny nadajnik wysyłał je dosyć rzadko — raz na godzinę. Thomas zostawił za sobą jedenaście, a Wilmer — czternaście takich sygnałów. To było wszystko.
Po tym drugim wypadku Szefostwo zaczęło bardzo gwałtownie działać. Najpierw sprawdzano wszystkie pociski — stosy atomowe, rozrząd, każdą śrubę, za porysowane szkło zegara można było stracić urlop. Potem zmieniono mechanizmy zegarowe wszystkich nadajników — jak gdyby one były winne! Odtąd sygnały opuszczały rakietę co osiemnaście minut. W tym nie było jeszcze nic złego, przeciwnie; gorzej, że przy rampie stali dwaj najstarsi oficerowie, którzy bez wszelkiej litości zabierali ludziom wszystko — ogałacali ich z ptaszków dziobiących i śpiewających, motylków, pszczółek, gier zręczności — cały stos skonfiskowanych rzeczy zgromadził się wkrótce w gabinecie Szefa. Złośliwi mówili nawet, że drzwi są tam tak często zamknięte, bo Szef sam się tym bawi.
