
Trochę prymitywnych mięczakowatych, nieco porostów, bakterii, wymoczków, nieznanych na Ziemi — to był właściwie cały plon wieloletnich wypraw. A zresztą, czy takie istoty — jeśli już nawet przyjąć, że istniały — doprawdy nie miały nic innego do roboty, jak tylko czyhać w jednym z najprzeklęciej jałowych miejsc próżni w oczekiwaniu malutkich rakietek Patrolu? I jak mogłyby zbliżyć się do nich niepostrzeżenie?
Takich pytań, obracających całą hipotezę w absolutny, gigantyczny nonsens, było wiele — tak wiele, że gra doprawdy traciła resztki sensu. Pirx, skłonny w dziewiątej godzinie lotu do nie byle jakich kombinacji mózgowych, musiał sobie jednak — w świetle tych wszystkich, bezwzględnie trzeźwych prawd — zadawać gwałt, aby mimo wszystko choć przez chwilę umiejscowić w wyobraźni demoniczne istoty z gwiazd.
Od czasu do czasu, kiedy, mimo braku ciążenia, nużyć go zaczynała wciąż jednakowa pozycja, zmieniał nachylenie fotela, do którego był przykrępowany, potem spoglądał kolejno w prawą i lewą stronę, przy czym, co może wydać się dziwne, wcale nie widział trzystu jedenastu wskaźników, kontrolnych światełek, pulsujących tarcz i zegarów, albowiem wszystkie one, były dla niego tym, czym są dla przeciętnego człowieka rysy znajomej twarzy, tak dobrze i od tak dawna znanej, że wcale nie trzeba dopiero badać skrzywienia jej ust, rozchylenia powiek ani szukać na czole zmarszczek, aby wiedzieć, co ona wyraża. Tak więc zegary i kontrolki zlewały się w spojrzeniu Pirxa w jedną całość, która mówiła mu, że wszystko jest w porządku. Gdy zwracał potem głowę na wprost, widział oba przednie ekrany gwiazdowe, a między nimi swoją własną twarz w otoku pękatej, zakrywającej częściowo czoło i podbródek, żółtej hauby.
