
Krazyl i krazyl wzdluz wysokich, plastykowych scian i patrzyl.
To bylo fascynujace. Zamki byly nieco zbyt bezbarwne i jednolite w stosunku do tego, czego by sobie zyczyl, ale znalazl na to rade.
Nastepnego dnia wrzucil wraz z pozywieniem troche obsydianu i okruchy barwionego szkla. W ciagu kilku godzin piaseczniki wkomponowaly to w mury.
Jako pierwszy zostal ukonczony zamek czarnych, niedlugo potem stanely fortece bialych i czerwonych. Pomaranczowe byly, ostatnie, jak zwykle. Kress zabieral swoje posilki do salonu i jadl, siedzac na kanapie, by móc bez przerwy prowadzic obserwacje.
Lada godzina spodziewal sie wybuchu pierwszej wojny.
Byl rozczarowany. Mijaly dni, zamki wyrastaly coraz wyzej, byly coraz rozleglejsze. Kress oddalal sie od pojemnika jedynie po to, by zalatwic potrzeby fizjologiczne i odpowiedziec na pilne, dotyczace interesów telefony. Jednak wojna nie wybuchala.
Rozdraznienie Kressa roslo coraz bardziej.
W koncu przestal je karmic.
Dwa dni po tym, jak pozywienie przestalo spadac z ich pustynnego nieba,cztery czarne piaseczniki otoczyly i zaciagnely do swej mamki jednego pomaranczowego. Najpierw go okaleczyly, odcinajac szczypce, czulki i konczyny, potem przez glówna rame wniosly do swego miniaturowego zamczyska. Juz stamtad nie wyszedl. Godzine pózniej ponad czterdziesci pomaranczowych przemaszerowalo przez pustynie i zaatakowalo róg czarnych.
Byly bardzo nieliczne w porównaniu z wysypujacymi sie z glebi zamku obroncami. Walka zakonczyla sie ich rzezia. Zabici i zdychajac stali sie pozywieniem dla mamki.
