— Upojony byłeś radością tego dnia?

— Nie, niezupełnie. Chyba nie…

Nawet na pewna nie. Chociaż samo przyjęcie wyglądało na bardzo udane.

Zaczęło się minutę po północy. Czemu nie. Jego przyjaciele byli rozrzuceni po wszystkich strefach czasowych. Nie istniał żaden powód, dla którego miałby stracić choćby jedną, jedyną minutę. Po całym domu były porozstawiane minispalnie dla ucięcia krótkich, ale głębokich drzemek. Na tych, którym szkoda było czasu na sen, czekały środki pobudzające, niektóre o interesującym działaniu ubocznym, inne bez.

Na przyjęcie przybyli goście, których Louis nie, widział co najmniej sto lat, a także i ci, których spotykał codziennie. Cześć z nich dawno, dawno temu była jego śmiertelnymi wrogami. Były także kobiety, których za nic nie mógł sobie przypomnieć. Sam się dziwił, ile razy przez te lata zdążył mu się zmienić gust.

Jak było do przewidzenia, samo przedstawianie gości zajęło w sumie kilka godzin. Ta lista nazwisk, którą musiał zapamiętać! Zbyt wielu przyjaciół zamieniło się w zupełnie obcych ludzi.

Kilka minut przed północą Louis Wu wszedł da kabiny transferowej, wybrał kod i zniknął.

— Byłem śmiertelnie znudzony— wyznał. — …„Louis, opowiedz nam o swoim ostatnim Oderwaniu!” „jak możesz być tak samotny, Louis!” ,jak to dobrzej że zaprosiłeś trinockiego ambasadora”. „Długo żeśmy się nie widzieli, Louis!” „Hej, Louis! Wiesz, ilu trzeba jarucian, żeby pomalować wieżowiec „No, ilu?” „Co ilu?” „Tych janxian” „Aaa. Trzech psika farbą, a dwóch przesuwa wieżowiec. Słyszałem ten dowcip jeszcze w przedszkolu. Wszystko to, co w moim życiu minęło, wszystkie stare dowcipy, wszystko na raz w jednym, olbrzymim domu… Nie mogłem już wytrzymać.

— Jesteś niespokojnym człowiekiem, Louisie Wu. Twoje oderwania — ty je zacząłeś, prawda?

— Nie pamiętam. Wiem tylko, że szybko się rozpowszechniły. Robi to większość moich znajomych.



8 из 341