
— Mam myszy — oznajmił Vickers.
— Co masz?
— Myszy — powtórzył Vickers. — Takie małe zwierzątka. Biegają po całym domu.
— Dziwne. — Joe uśmiechnął się do słuchawki. — W takim domu jak twój nie powinno być ani jednej myszy. Chcesz, żebym przyjechał i pozbył się ich?
— Chyba będziesz musiał. Próbowałem już pułapek, ale one nie dają się złapać na sztuczkę z serem. Miałem wcześniej kota, ale dał dyla. Był tu zaledwie przez dzień albo dwa.
— Ciekawe. Koty zazwyczaj lubią miejsca, gdzie mogą łapać myszy.
— Ale ten kot miał świra — wyjaśnił Vickers. — Zachowywał się jak nawiedzony. Bał się własnego cienia.
— Koty to ciekawe zwierzęta — zauważył Joe.
— Jadę dziś do miasta. Może mógłbyś to załatwić, kiedy mnie nie będzie?
— Pewnie — odparł Joe. — Tępienie szkodników w obecnych czasach to szybka robota. Będę koło dziesiątej.
— Zostawię otwarte drzwi frontowe — dodał Vickers.
Odłożył słuchawkę i zabrał gazetę z werandy. Położył ją na stole i sięgnął po maszynopis. Przez chwilę sprawdzał jego grubość i wagę, tak jakby w ten sposób chciał upewnić się, że trzymane w ręku dzieło jest dobre, że nie zmarnował cennego czasu. Miał nadzieję, że opowiada o wszystkim, co chciał opowiedzieć w taki sposób, że inni ludzie czytając słowa zrozumieją myśl, która kryje się pod czarnym drukiem.
Naprawdę nie miał ani chwili do stracenia. Powinien zostać w domu i popracować. Nie wolno mu włóczyć się nie wiadomo gdzie i spotykać się z człowiekiem zachwalanym przez jego agentkę. Ale Ann nalegała i twierdziła, że sprawa jest ważna. Nawet kiedy powiedział, że jego samochód znajduje się w warsztacie i czeka na naprawę, nadal się upierała. Oczywiście historia z samochodem była zmyślona, bo dobrze wiedział, że Eb na czas przygotowałby go do podróży.
Spojrzał na zegarek i stwierdził, że ma tylko pół godziny do otwarcia warsztatu Eba i nie warto już brać się za pisanie.
