Taką teorię wysunął dr Vincent Aldridge…


Vickers pozwolił gazecie zsunąć się na schody werandy i siedział rozglądając się po ogrodzie pełnym kwiatów i przygrzewającego słońca. W okolicy panowała cisza, tak jakby ogród był na końcu świata i nie istniało nic poza nim. Cisza składała się z wielu elementów, złotych promieni słonecznych, szelestu letnich liści unoszonych wiatrem, ptaków, kwiatów, zegara słonecznego, drewnianego płotu ze sztachetami, który wymagał odnowienia oraz starej sosny, umierającej cicho i spokojnie, bez pośpiechu, będącej za pan brat z trawą, kwiatami i innymi drzewami.

Tutaj nie było plotek ani zagrożeń. Tutaj w sposób naturalny, oczywisty, akceptowało się fakt, że czas ucieka, że po lecie nadchodzi zima, że po nocy nastaje dzień, a życie, którym każdy z nas dysponuje, jest raczej bezcennym darem niż prawem, o które człowiek musi walczyć z innymi żyjącymi istotami.

Vickers spojrzał na zegarek i stwierdził, że już czas ruszać w drogę.

3

Eb, mechanik samochodowy, podciągnął swoje umazane smarem spodnie i wpatrywał się w niego przez chmurę dymu z papierosa, który tkwił w kąciku usmolonych ust.

— Wiesz, jak to jest, Jay — tłumaczył się. — Nie naprawiłem twojego samochodu.

— Miałem jechać do miasta — powiedział Vickers — ale jeśli mój samochód nie jest naprawiony…

— Nie będziesz już potrzebować tego samochodu. Właściwie chyba właśnie dlatego go nie naprawiłem. Powiedziałem sobie, że to czysta strata pieniędzy.

— Nie jest z nim tak źle — zaprotestował Vickers. — Może wygląda na zdezelowany, ale przejedzie jeszcze wiele setek kilometrów.

— On już ma na liczniku setki kilometrów. Ale na pewno i tak kupisz ten nowy samochód Forever.

— Forever? Wieczny? — powtórzył Vickers. — Co za dziwna nazwa dla samochodu.



7 из 211