
Ciotka płakała. Dość teatralnie, uznał Teppic, gdyż starsza pani była twarda jak podeszwa hipopotama. Ojciec wyglądał surowo i godnie — jeśli tylko o tym nie zapominał — i próbował usunąć z umysłu kuszące obrazy urwisk i ryb. Służba stała w szeregach wzdłuż sali, od głównego wejścia: podręczne z jednej strony, eunuchowie i lokaje z drugiej. Dygali kolejno, gdy przechodził, generując dość ładną sinusoidę, którą największy matematyk Dysku z pewnością by docenił, gdyby nie był akurat zajęty przyjmowaniem razów kija i słuchaniem krzyków małego człowieczka odzianego w coś w rodzaju nocnej koszuli.
— Ale… — Ciotka Teppica wytarła nos. — Ale to przecież fach…
— Nonsens, kwiecie pustyni. — Ojciec poklepał jej dłoń. — To profesja. Co najmniej profesja.
— A jaka między nimi różnica? — zatkała.
Ojciec westchnął.
— Pieniądze, jak rozumiem. Dobrze mu zrobi taka wyprawa. Pozna nowych ludzi, nabędzie ogłady… Będzie miał jakieś zajęcie i uniknie pokus.
— Ale… skrytobójstwo… Jest taki młody i nigdy nie przejawiał żadnych inklinacji… — Otarła oczy. — Nie odziedziczył tego po naszej części rodziny — dodała oskarżycielskim tonem. — Ten twój szwagier…
— Wuj Vyrt — wtrącił ojciec.
— Jeździ po świecie i zabija ludzi!
— Oni chyba nie używają tego słowa. Mówią raczej: konkluduje lub anuluje. Albo inhumuje. Tak słyszałem.
— Inhumuje?
— Inhumacja to chyba coś w rodzaju ekshumacji, o płynące wody, tylko że zanim cię pochowają.
— Uważam, że to okropne. — Pociągnęła nosem. — Ale słyszałam od lady Nooni, że tylko jeden chłopiec na piętnastu zdaje końcowy egzamin. Może rzeczywiście, pozwólmy mu się wyszaleć.
Król Teppicymon XXVII smętnie pokiwał głową i oddalił się, by pomachać synowi na pożegnanie. Nie był tak mocno jak siostra przekonany o okropnościach skrytobójstwa. Z ociąganiem, ale jednak od dawna zajmował się polityką i uważał, że choć skrytobójstwo jest gorsze od debaty, to jednak z pewnością lepsze od wojny, choć pewni ludzie uważają, że wojna to to samo, tylko głośniejsze. Trzeba też przyznać, że młody Vyrt zawsze miał mnóstwo pieniędzy i często przybywał do pałacu z kosztownymi podarkami, egzotyczną opalenizną i porywającymi opowieściami o ludziach, których poznał w obcych stronach, zwykle na krótko.
