
— Co to… fałszywe banknoty? — spytał oglądając jeden z nich pod światło.
— Nie, prawdziwe — zapewnił Kerk. — Podjąłem je z banku. Dokładnie dwadzieścia siedem, czyli… dwadzieścia siedem milionów kredytów. Chcę, żebyś posłużył się nimi dziś wieczorem w kasynie. Abyś je postawił i wygrał.
Banknoty wyglądały na prawdziwe… zresztą można to zawsze sprawdzić. Jason przebierał je w palcach w zamyśleniu, starając się przejrzeć swojego rozmówcę.
— Nie wiem, do czego zmierzasz — powiedział. — Ale musisz sobie zdawać sprawę, że niczego nie mogę gwarantować. Owszem, grywam… ale nie zawsze wygrywam.
— Grywasz… i ilekroć chcesz, wygrywasz — odparł Kerk posępnie. — Zbadaliśmy to gruntownie, zanim do ciebie przyszedłem.
— Jeśli chcesz powiedzieć, że szachruję… — znowu postarał się usilnie opanować gniew. Irytując się niczego nie osiągnie. Tymczasem Kerk, ignorując rozdrażnienie Jasona, mówił dalej tym samym, spokojnym głosem:
— Może nie nazywasz tego szachrajstwem, szczerze mówiąc nic mnie to nie obchodzi. Dla mnie mógłbyś mieć pełne rękawy asów i na każdym palcu u nogi elekromagnes. Bylebyś wygrał. Nie jestem tutaj, aby cię umoralniać. Jak powiedziałem, mam dla ciebie propozycję. Ciężko pracowaliśmy na te pieniądze… ale potrzebujemy ich jeszcze więcej. Mówiąc dokładnie, potrzebujemy trzech miliardów kredytów. Taką sumę możemy jedynie wygrać, posługując się tymi dwudziestoma siedmioma milionami.
— A co ja będę miał z tego? — spytał Jason spokojnie, jakby ta cała fantastyczna propozycja rzeczywiście miała sens.
— Wszystko powyżej trzech miliardów. To cię powinno zadowolić. Nie ryzykujesz własnych pieniędzy, a możesz dostać tyle, że starczy ci do końca życia. Jeżeli wygrasz.
— A jeżeli przegram?
Kerk zastanowił się nad tym chwilę z niesmakiem.
— Tak, istnieje możliwość, że przegrasz. Nie brałem jej pod uwagę.
Pomyślał i zdecydował się:
