
Na 8000 stóp Prosser wyrównał lot i od nowa wziął kurs na bazę. W połowie drogi przez Kanał dopuścił do siebie, podobnie jak niemieckie załogi bombowców, myśl o gorącej kawie i kanapce z boczkiem, którą zje po odprawie. I wtedy coś się zdarzyło. Prędkość, z jaką opadł, wtłoczyła słońce z powrotem pod horyzont, toteż gdy spojrzał w prawo, ponownie ujrzał, jak wschodzi: to samo słońce unoszące się z tego samego miejsca, nad tym samym morzem. Jeszcze raz Prosser zapomniał o ostrożności i po prostu patrzył: pomarańczowa kula, żółta smuga, ława horyzontu, rześkie powietrze i płynne, nieważkie wznoszenie się słońca, które po raz drugi tego ranka wstało z fal. Był to powszedni cud, który na zawsze utkwił mu w pamięci.
I
Pytasz, co to jest życie. To tak, jakby zapytać, co to jest marchewka. Marchewka to marchewka i nic poza tym nie wiadomo.
Czechów do Olgi Knipper, 20 IV 1904
Inni ludzie sądzili, że to musi być uciążliwe, patrzeć dziewięćdziesiąt lat wstecz. Jak przez tunel albo przez słomkę, domyślali się. Nie mieli racji. Czasem przeszłość była filmowana kamerą z ręki; czasem rysowała się monumentalnie na proscenium, pod gipsowym gzymsem i pomiędzy fałdami kurtyn; czasem migała przed oczyma jak melodramat z epoki niemego kina, przyjemny, lecz nieostry i zupełnie nieprawdopodobny. Czasami wypożyczalnia pamięci dysponowała tylko serią fotosów.
Epizod z wujkiem Leslie – najpierwszy Epizod jej życia – jawił się jako seria slajdów w latarni magicznej.
