– Będziesz płacił?

Właściciel posmutniał jak na zawołanie.

– Gdybym miał wybierać, wolałbym jednak pozostać w biznesie. Tylko że dwa rachunki w tygodniu raczej mi w tym nie pomogą.

Wąsaty gość i ciemna kobieta wpatrywali się w ścianę, ale słuchali, słuchali. Przez głośniki leciała aria w minorowej tonacji, diwa łkała cichym, żałosnym głosem.

– Kim byli? – spytał Reacher. Cicho.

– Włochami raczej nie. Ot, śmiecie.

– Mogę skorzystać z telefonu? Właściciel skinął głową.

– Znasz otwarty do późna sklep z materiałami biurowymi?

– Jest taki na Broadwayu, dwie przecznice stąd. Czemu pytasz? Masz do nich jakiś interes.

– Właśnie. Jakiś interes. – Reacher skinął głową. Wstał z klęczek, przeszedł za bar. Nowiutki telefon stał obok nowiutkiej książki rezerwacji, wyglądającej tak, jakby ani razu jej jeszcze nie otworzono. Wybrał numer. Odczekał dwa uderzenia serca, póki słuchawki nie podniesiono półtora kilometra i czterdzieści pięter dalej.

– Halo? – odezwał się kobiecy głos.

– Cześć, Jodie – powiedział Reacher.

– Cześć. Co u ciebie?

– Kończysz już może?

W słuchawce usłyszał ciężkie westchnienie.

– Nie. To robota na całą noc. Sprawa skomplikowana prawnie, a opinię chcą na wczoraj. Przepraszam.

– Nic się nie martw. Mam coś do załatwienia, a potem chyba wrócę do Garrison.

– W porządku. Uważaj na siebie. Kocham cię.

Zdążył jeszcze usłyszeć szelest papierów i połączenie zostało przerwane. Odłożył słuchawkę, wrócił do stolika. Pod spodkiem od filiżanki espresso zostawił czterdzieści dolarów. Ruszył w kierunku drzwi.

– Powodzenia! – krzyknął na pożegnanie.

Właściciel, nadal tkwiący przy szczątkach półmiska, tylko lekko skinął głową, para przy odległym stoliku odprowadziła go wzrokiem. Reacher postawił kołnierz, poruszył ramionami poprawiając płaszcz, pozostawił za sobą operę.



7 из 390