
Kit zaciągnął zasłony i szybko się rozebrał. Wyłączył światło i położył się, wsuwając pod łóżko strzelbę. Właściwie miał ją tylko po to, by wyglądać na zwyczajnego myśliwego, ale przy okazji mogła się przydać do obrony. Na pewno nie zaszkodzi.
Powinienem być w Nantucket na urlopie. Dochodzić do siebie; odzyskiwać równowagę psychiczną. Może rzeczywiście należało tam pojechać. Ale tego nie zrobiłem, zgadza się? Już drugi raz schrzaniłem sprawę.
Pierwszy raz zdarzyło mi się to 9 sierpnia 1994 roku.
Zamknął oczy, ale nie zapadł w sen. Czekał.
Wspominał rozmowę z zastępcą dyrektora FBI. Doprowadził do tego spotkania bez wiedzy swojego bezpośredniego przełożonego.
Pamiętał najważniejsze fragmenty tej rozmowy tak wyraźnie, jakby to było wczoraj.
Zastępca dyrektora patrzył na niego z nie skrywaną wyższością i zdawał się nie dowierzać, że musi tracić czas dla jakiegoś podrzędnego agenta.
– Ja będę mówił, pan będzie słuchał, agencie Brennan.
– Cel tego spotkania jest inny – odparł wtedy Tom.
– Tak się panu wydaje, bo nie wie pan, dlaczego się spotkaliśmy.
– Nie, proszę pana, chyba nie.
– Idziemy panu na rękę ze względu na tragedię, jaka spotkała pana w życiu osobistym. Ale pan nam to utrudnia, prawie że uniemożliwia. Proszę mnie wysłuchać i niech pan słucha uważnie. Nie może się pan porywać z motyką na słońce. Zakończy pan to polowanie na czarownice. Krótko mówiąc, albo pan odpuści sobie sprawę zaginionych lekarzy, albo nie ma pan czego u nas szukać. Zrozumiano?
Kit leżał w ciemnościach. Może nie potrafił dokładnie powtórzyć słów zastępcy dyrektora, ale dobrze pamiętał ich sens. No i owszem, zrozumiał, czego się od niego wymaga.
Dlatego znalazł się tu, w Kolorado. Dokonał wyboru. Sumienie okazało się ważniejsze niż kariera.
Nie było już dla niego żadnej szansy.
