— Czary! — krzyknął jakiś starzec. — To czary i jesteśmy zgubieni!

— Wcale nie — powiedziałem mu. — Czary nie mogą uczynić nic złego dobrym chrześcijanom.

— Ale ja jestem nędznym grzesznikiem!

— W imię świętego Jerzego i króla Edwarda! — wrzasnął Czerwony John i rzucił się ulicą. Zakasałem habit i pobiegłem za nim co tchu, próbując sobie przypomnieć formuły egzorcyzmów.

Obejrzawszy się przez ramię zauważyłem ze zdziwieniem, że większość towarzystwa podąża za nami. Nie tyle wzięli sobie do serca przykład łucznika, ile obawiali się pozostać bez przywódcy. Pobiegliśmy więc najpierw do obozu po broń, a potem ruszyliśmy na błonia. Dostrzegłem wypadający zza murów zamku oddział jazdy. Prowadził go sir Roger de Tourneville, bez zbroi, lecz z mieczem u boku. Czerwony John z nim pospołu zmusili hałastrę do stanięcia w jakim takim szyku i ledwie im się to udało, kiedy wielki okręt wylądował.

Wbił się głęboko w grunt pastwiska; musiał być nadzwyczaj ciężki, tym bardziej więc nie pojmowałem, co utrzymywało go w powietrzu. Spostrzegłem, że jest to gładka skorupa bez rufy czy forkasztelu. Nie oczekiwałem, że zobaczę wiosła, ale zastanawiał mnie brak żagli. Dostrzegłem jednakże wieżyczki, z których wyglądały lufy podobne armatnim.

Zapadła przerażająca cisza; sir Roger podjechał do miejsca, gdzie stałem szczękając zębami.

— Jesteś uczonym klerykiem, bracie Parvusie — rzekł spokojnie, choć jego nozdrza były blade, a włosy zlepiał pot. — Co o tym sądzisz?

— Prawdę mówiąc nic, panie — wyjąkałem. — Starożytne opowieści mówią o czarownikach, takich jak Merlin, którzy mogli latać…

— Czy to może pochodzić z niebios? — spytał i przeżegnał się.

— Nie mnie to stwierdzić — spojrzałem bojaźliwie w kierunku nieba. — Jednak nie widzę chóru anielskiego.

Ze statku dobiegł przytłumiony szczęk, który zatonął w jednym jęku trwogi, kiedy okrągłe drzwi zaczęły się otwierać. Ale wszyscy stali na swoich miejscach, jak przystało na Anglików; chyba że byli zbyt wystraszeni, aby uciec.



4 из 142