
— Więc ilu mnie właściwie jest? — spytałem zaskoczony.
— Nie ma dobrej odpowiedzi na źle postawione pytanie. Wyobraź pan sobie dwu bliźniaków, którzy od urodzenia nie robią nic innego, jak tylko dwuręczną piłą piłują drzewo. Pracują zgodnie, gdyż inaczej nie mogliby piłować, a kiedy zabrać im tę piłę, upodobnią się do pana w obecnym stanie.
— Ale przecież każdy z nich, czy piłuje, czy nie, ma jedną jedyną świadomość — rzekłem rozczarowany. — Profesorze, pańscy koledzy w Ameryce uczęstowali mnie już kupą takich przypowieści. O bliźniakach z piłką też już od nich słyszałem.
— Jasne — rzekł Mclntyre i mrugnął do mnie lewym okiem, aż pomyślałem, że może jemu też coś przecięto. — Moi amerykańscy koledzy są ciemni jak tabaka w rogu, a takie porównania są do jasnej bani. Umyślnie zacytowałem tę rzecz z bliźniakami, wymyśloną przez jednego z Amerykanów, bo prowadzi na manowce. Gdyby pracę mózgu przedstawić graficznie, wygląda ona u pana jak duża litera Y, ponieważ nadal ma pan jednolity pień mózgu i śródmózgowie. To jest trzonek ypsylona, półkule natomiast są rozdzielone jak ramiona tej litery. Rozumie pan? Intuicyjnie można to łatwo… — Profesor urwał i jęknął, bo kopnąłem go w rzepkę.
— To nie ja, to moja lewa noga, przepraszam — zawołałem pośpiesznie. — Ja naprawdę nie chciałem…
Mclntyre uśmiechnąwszy się wyrozumiale (ale w tym uśmiechu był niejaki przymus, niczym na twarzy psychiatry, udającego, że wariat, który go ugryzł, jest normalnym, sympatycznym facetem) wstał, żeby odsunąć się ode mnie razem z fotelem na bezpieczną odległość.
— Prawa półkula jest z reguły znacznie agresywniejsza od lewej. To fakt — powiedział, ostrożnie dotykając kolana. — Mógłby pan jednak trzymać nogi splecione, a ręce też, wie pan. To nam ułatwi rozmowę…
— Próbowałem, ale szybko mi drętwieją. A poza tym, za pozwoleniem, ten ypsylon nic mi nie wyjaśnia. Gdzie zaczyna się w nim świadomość — pod rozdwojeniem, w nim samym, jeszcze wyżej, czy jak?
