
— Ja chcę tylko wiedzieć, gdzie jest moja świadomość — odparłem, odwijając z nogi kabel, co nie było łatwe, bo przycisnęła się silnie do linoleum.
— Przecież to niby ja panu wyrwałem krzesło spod siedzenia, ale zarazem nie miałem tego zamiaru. Więc KTO to zrobił?
— Pańska lewa dolna kończyna, zawiadywana przez lewą półkulę. — Profesor poprawił przekrzywione okulary, odsunął krzesło jeszcze trochę dalej, ale po małym namyśle nie usiadł, lecz stanął za nim i ujął jego oparcie w ręce. Nie wiem, którą półkulą pomyślałem sobie, że może przyszła już nań ochota do kontrataków.
— W ten sposób możemy gwarzyć do sądnego dnia — rzekłem, czując, jak cała lewa strona mego ciała spręża się. Zaniepokojony, splotłem nogi i ręce. Mclntyre, obserwując mnie bacznie, dalej mówił miłym głosem.
— Lewa półkula dominuje dzięki ośrodkom mowy. Rozmawiając teraz z panem, rozmawiam zatem z nią, prawa zaś może się temu jedynie przysłuchiwać. Jej znajomość mowy jest mocno ograniczona.
— Może u innych, nie u mnie — odparłem, dla większej pewności biorąc się prawą ręką za przegub lewej. — Ona faktycznie jest niema, ale nauczyłem ją języka głuchoniemych, wie pan. Sporo zdrowia mnie to kosztowało.
— Nie może być!
W oczach profesora pojawił się błysk, który widziałem już u jego amerykańskich konfratrów, i pożałowałem szczerości, było już jednak za późno na taką refleksję.
— Ależ ona nie włada składnią czasownikową! To zostało stwierdzone…
— To nic. Czasowniki nie są konieczne.
— Więc proszę, niechże pan zaraz spyta ją, to znaczy siebie, więc ją, chcę powiedzieć, co sądzi o naszej rozmowie? Potrafi pan?
Chcąc nie chcąc wziąłem lewą rękę do prawej, najpierw parokrotnie pogłaskałem ją dla udobruchania, bo wiedziałem, że dobrze jest tak zacząć, potem zaś jąłem robić właściwe znaki, dotykając wnętrza lewej dłoni.
