
— Nie myślałem o tym — rzekł inżynier. Potem dodał z uśmiechem:
— Czemu właściwie pan mi to mówi?
— Aby pozbawić pana złudzeń — odparł Pirx, nie odrywając oczu od okularów peryskopu. Choć miały pianogumowe poduszeczki, czuł, że przez dłuższy czas (o ile, rozumie się, wyjdzie żywy z tej historii), będzie chodził z podsinionymi oczami. — A także, aby powiedzieć panu, po co wieziemy ten kram z tyłu.
— Te butle? — spytał McCork. — Widziałem, jak je pan brał z magazynu. Co w nich jest?
— Amoniak, chlor i jakieś tam węglowodory — rzekł Pirx. — Myślę, że się może przydadzą…
— Zasłona gazowo-dymna? — domyślił się inżynier.
— Nie, myślałem raczej o jakimś sposobie celowania. Skoro nie ma atmosfery, trzeba ją stworzyć, przynajmniej chwilową…
— Obawiam się, że na to nie będzie czasu…
— Może i nie… Wziąłem to na wszelki wypadek. Przeciwko wariatom najlepsze są taktyki zwariowane…
Zamilkli, bo transporterem zaczęło rzucać jak piłką; amortyzatory dudliły i piszczały, jakby lada chwila olej miał się w nich zagotować. Pędzili pochyłością usłaną ostrokończystymi głazami. Przeciwległy stok jaśniał pumeksową bielą.
— Wie pan, czego się najbardziej boję? — podjął Pirx, gdy podrzuty transportera nieco złagodniały; dziwnie był jakoś rozmowny. — Nie Setaura — wcale nie… Tych transporterów budowy — bo jeśli choć jeden weźmie nas za Setaura i zacznie prać laserem, będzie wesoło.
— Widzę, że pan wszystko przewidział — mruknął inżynier. Kadet, siedzący obok radiowca, przechylił się przez oparcie swego fotela i podał Pirxowi nabazgrany ledwo czytelnie radiogram.
