
— Nie widzę go. Doktorze, czy to, co on mówił, miało jakiś sens?
— Raczej nie. Zlepki słów — coś w rodzaju schizofrenii…
— Ten wrak już dogasa — rzekł Pirx.
— Dlaczego pan strzelał? — spytał McCork. — Tam mogli być ludzie.
— Nie było nikogo.
Pirx przesuwał lornetę milimetr po milimetrze, lustrując każdy załom oświetlonej słońcem przestrzeni.
— Nie zdążyli wyskoczyć.
— Skąd pan to może wiedzieć?
— Bo przeciął maszynę na pół. To nawet jeszcze teraz widać. Musieli chyba prawie najechać na niego. Raził z kilkudziesięciu metrów. A poza tym obie klapy zostały zamknięte. Nie — dodał po kilku sekundach — w słońcu go nie ma. A wymknąć się raczej nie zdążył… Spróbujemy go wywabić.
Schyliwszy się, dźwignął ciężką butlę na szczyt głazu i, pchając ją przed sobą, mruknął przez zęby:
— To są właśnie te indiańskie historie, o których zawsze marzyłem…
Butla pochyliła się; trzymał ją za wentyle i rozpłaszczony na kamieniach, powiedział:
— Jeżeli zobaczycie błękitny błysk, strzelajcie od razu — w to jego laserowe oko…
Pchnął z całej siły butlę, która najpierw wolno, a potem z rosnącą chyżością poczęła się toczyć po pochyłości. Wszyscy trzej złożyli się do strzału, butla przebyła już ze dwieście metrów i toczyła się wolniej, bo pochyłość malała. Parę razy zdawało się, że zatrzymają ją wystające kamienie, ale przewalała się przez nie i, coraz mniejsza, już jako ciemno błyszcząca plamka, zbliżała się do dna kotliny.
— Nic? — rzekł rozczarowany Pirx. — Albo jest mądrzejszy, niż myślałem, albo nie zwraca na nią uwagi, albo…
Nie dokończył. Na stoku pod nimi łysnęło oślepiająco. Płomień przekształcił się niemal natychmiast w ciężką, brudnożółtą chmurę, której środek jarzył się jeszcze ponurym ogniem, a brzegi rozpływały się, uczepione odnogami głazów.
