
— Tak. Uwaga!
Wciągnęli je na szczyt wzniesienia, i, starając się pozostać niewidzialnymi z dna kotliny, pchnęli prawie razem oba metalowe cylindry. Niestety, brak powietrza nie pozwalał usłyszeć, czy i jak się toczą. Pirx zdecydował się i czując się dziwnie nagi — zupełnie jakby nie miał na głowie stalowej kuli, a na całym ciele trójwarstwowego, wcale nielekkiego skafandra — przywarłszy płasko do skały, ostrożnie wychylił głowę.
W dolinie nic się nie zmieniło. Tyle że wrak maszyny przestał być widoczny, bo jego ostygłe szczątki zlały się z otaczającą ciemnością. Cień zajmował tę samą przestrzeń o kształcie nieregularnego, bardzo wydłużonego trójkąta, opartego podstawą o urwiska najwyższego, zachodniego grzebienia skał. Jedna butla zatrzymała się jakieś sto kroków pod nimi, bo trafiła na kamień, który ustawił ją podłużnie. Druga toczyła się jeszcze, coraz wolniej, coraz mniejsza, aż znieruchomiała. I to, że na tym się skończyło, wcale nie spodobało się Pirxowi. — On naprawdę nie jest głupi — pomyślał. — Nie chce strzelać do celu, który mu się podtyka. — Usiłował odnaleźć miejsce, z którego Setaur przed jakimś dziesięcioma minutami ostatni raz dał znać o sobie błyśnięciem laserowego oka, ale było to bardzo trudne.
— Może go tam już nie ma — rozważał. — Może cofać się po prostu na północ; może iść równolegle, dnem kotliny, albo jednym z tych pęknięć magnetycznego potoku… Jeżeli dostanie się w strefę urwiska, w ten labirynt, to przepadnie jak kamień w wodzie…
Powoli, po omacku, uniósł kolbę lasera i rozluźnił mięśnie.
— Doktorze McCork! — powiedział. — Proszę do mnie!
A kiedy doktor podczołgał się do niego, rzekł:
— Widzi pan obie butle? Jedna na wprost, pod nami, a druga dalej…
— Widzę.
— Strzeli pan najpierw do bliższej, potem do dalszej, w odstępie — powiedzmy — czterdziestu sekund… Ale nie stąd! — dodał szybko. — Musi pan znaleźć lepsze miejsce. O! — pokazał ręką. — Tam jest niezłe stanowisko, w tym wgłębieniu. A kiedy pan strzeli, proszę natychmiast odczołgać się w tył. Dobrze?
