
Gabinet Flynna był mały i ciasny. Na ścianach wisiały oderwane tapety, pokój był od dawna nie wietrzony. Flynn siedział za prostym biurkiem zatopiony w lekturze magazynu komiksów. Mały łysiejący mężczyzna w średnim wieku. Palił fajkę.
Feerman miał zamiar zacząć od początku. Zamiast tego wymknęło mu się:
— Proszę pana, mam kłopoty. Straciłem pracę, porzuciła mnie żona, byłem u wszystkich specjalistów w mieście. Czy może mi pan pomóc?
Flynn wyjął z ust fajkę i przyjrzał się Feermanowi. Obejrzał jego buty, kapelusz, ubranie, taksując go. Po czym rzekł:
— Co panu powiedzieli?
— Że właściwie nie mam żadnej szansy.
— Tak, oczywiście — rzekł szybko i ostro Flynn. — Ci faceci łatwo się zniechęcają. Ale zawsze jest nadzieja. Umysł jest złożonym i dziwnym mechanizmem i czasem…
Flynn zamilkł nagle, uśmiechając się ze smutkiem i ironią, wreszcie powiedział:
— Ach, po co to? Wygląda pan na skazanego, żadnych wątpliwości — wytrząsnął popiół z fajki i spojrzał w sufit proszę pana, nic nie mogę zrobić dla pana. Pan o tym doskonale wie i ja także o tym wiem.
— Dziękuję za szczerość — rzekł Feerman nie ruszając się z miejsca.
— Mój zawodowy obowiązek — powiedział wolno Flynn — każe mi przypomnieć, że zawsze jest panu dostępna Akademia.
— Jak mogę tam pójść? Nic nie wiem o ich metodach.
— Nikt nic nie wie. A przecież podobno zawsze im się udaje.
— Więc dlaczego nikt stamtąd nie wychodzi?
— Wiem tyle samo co pan. Może nie mają ochoty. — Flynn zaciągnął się dymem. — Chce pan rady, niech pan mnie posłucha. Ma pan pieniądze?
— Trochę — odparł przezornie Feerman.
— Doskonale. Nie powinienem tego panu mówić, ale… Niech pan nie szuka ratunku u fachowców. Proszę wrócić do domu. Pośle pan robota po żywność na dziesięć czy piętnaście dni. Niech się pan ukrywa jakiś czas.
