
I właśnie takiej potrzebowała. Werbownicy się tam zatrzymają, a ona się zaciągnie. Była pewna, że ten wielki gruby sierżant razem z oślizłym kapralem nie zauważyli nawet dziewczyny, która obsługiwała ich w gospodzie. Nie dysponowała przecież, jak to mówią, konwencjonalną urodą. Kapral próbował szczypnąć ją w pośladek, ale raczej odruchowo, jakby przeganiał muchę; zresztą nie było tam wiele do szczypania.
Usiadła na wzgórzu powyżej promu i zjadła spóźnione śniadanie — zimne ziemniaki i kiełbasę. Patrzyła, jak wózek przepływa przez rzekę. Nikt za nim nie maszerował. Tym razem nikogo w Munz nie udało się zwerbować. Ludzie trzymali się z daleka. Zbyt wielu młodych chłopców odeszło przez ostatnie kilka lat i nie dość ich powróciło. A z tych, którzy wrócili, często nie powróciło dość niektórych z nich. Kapral mógł sobie walić w ten wielki bęben. W Munz kończyli się synowie — prawie tak samo szybko, jak przybywało wdów.
Było gorąco i duszno; żółty ptak podlatywał za nią od krzaka do krzaka. Nad błotem z zeszłej nocy unosiła się para. Polly dotarła do trollowego mostu, przecinającego rzekę, płynącą tu wąskim wąwozem. Była to smukła, pełna gracji konstrukcja, zbudowana, jak mówiono, bez żadnej zaprawy. Mówiono też, że ciężar mostu tym mocniej utrzymuje go w skale. Mówiono, że to jeden z dziwów świata, ale bardzo niewielu ludzi w okolicy dziwiło się czemukolwiek, a o świecie mieli słabe pojęcie. Aby przekroczyć most, trzeba było zapłacić jednego pensa albo sto sztuk złota, jeśli ktoś prowadził kozła
