
Czy te prymitywne organizmy to najwyższa forma życia na Marsie?
Czy raczej ostatni gatunek, który ocalał po bardziej bogatej i złożonej ekologii?
Jeśli tylko one przetrwały, to co zniszczyło inne formy życia na Marsie?
KSIĘGA I
Przybycie
Soi 1: Habitat na Marsie
— Wróciliśmy, dziadku — zamruczał Jamie Waterman. — Wróciliśmy na Marsa.
Stojąc przy rządku pustych stojaków na sprzęt w śluzie kopulastego habitatu, Jamie wyciągnął rękę i zdjął małą kamienną rzeźbę z półki, na której czekała przez sześć lat: mały kawałek smoliście czarnego obsydianu, z którego wyrzeźbiono totem w kształcie przykucniętego niedźwiedzia. Z tyłu przywiązano rzemykiem turkusowy grot strzały, a na górze zatknięto białe orle pióro. Pokazał nawajski fetysz, trzymając go na odzianej w rękawicę dłoni.
— Co to jest? — spytała Stacy Dezhurova.
Jamie słyszał w słuchawkach hełmu jej mocny, czysty głos. Żaden z członków drugiej wyprawy na Marsa nie zdjął jeszcze skafandra, nie odpiął nawet osłony hełmu. Stali w nieregularnym półkolu w śluzie, osiem pozbawionych twarzy postaci wtłoczonych do pękatych, białych, solidnych kombinezonów.
— Nawajski fetysz — odparł Jamie. — Potężna magia.
Dex Trumball przetoczył się niezgrabnie w stronie Jamiego. Jego grube buty stukały ciężko o plastykową podłogę habitatu.
— Przywiozłeś to ze sobą? — spytał Trumball nieomal oskarżycielskim tonem.
— Podczas pierwszej ekspedycji — rzekł Jamie. — Zostawiłem go, żeby pilnował tego miejsca, jak odlecimy.
Twarz Trumballa była niewidoczna za przyciemnioną osłoną hełmu, ale ton jego głosu nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do jego zdania na ten temat.
— Mnóstwo wielka szamaństwo, nie? Jamie stłumił wybuch gniewu.
