
Trochę chciało mi się śmiać, ale w sumie byłem raczej ogłupiały. Zawróciłem szybko, inny korytarz, białe jak mleko pasy płynące w dół. Poręcz eskalatora była miękka, ciepła, nie liczyłem uchodzących pięter, coraz więcej ludzi, zatrzymywali się u emaliowanych pudeł, które co krok wyrastały ze ściany, jedno dotknięcie palca, coś wpadało do ręki, chowali to do kieszeni i szli dalej. Sam nie wiem, czemu postąpiłem dokładnie jak.człowiek w luźnym, fioletowym odzieniu przede mną; klawisz z małą wklęsłością na czubek, palca, naciśnięcie, prosto w nadstawioną garść wpadła mi, barwna, półprzejrzysta rurka, jakby nagrzana.
Potrząsnąłem nią, zbliżyłem do oczu, pigułki jakieś? Nie. Korek? Nie miała korka, żadnego zamknięcia. Do czego to? Co robili tamci? Chowali do kieszeni. Napis na automacie: LAHGAN. Stałem; potrącano mnie. I nagle wydałem się sobie małpą, której podano pióro wieczne czy zapalniczkę; na ułamek sekundy ogarnęła mnie ślepa wściekłość; zacisnąłem szczęki, zmrużyłem oczy i włączyłem się, lekko zgarbiony, w strumień idących. Korytarz rozszerzał się, był już salą. Ogniste litery: REAL AMMO REAL AMMO.
Poprzez nurt spieszących, ponad ich głowami, dostrzegłem z dala okno. Pierwsze okno.
