
Rozmowa ta wygasała jakoś — zdawało mi się, że dziewczyna żałowała już trochę lekkomyślnych zaprosin, i chciałem jej to ułatwić.
— Może pójdę? — spytałem. Wciąż trzymałem nie tknięty napój.
— Dlaczego? — zdziwiła się.
— Myślałem, że to by ci… odpowiadało.
— Nie — powiedziała — ty myślisz — nie, skąd… czemu nie pijesz?
— Piję.
To jednak było mleko. O tej porze, w takich okolicznościach! Byłem taki zdumiony, że musiała zauważyć.’
— Co, niedobre?
— To… mleko… — powiedziałem. Musiałem mię minę kompletnego bałwana.
— Skąd? Jakie mleko? To bryt… Westchnąłem.
— Słuchaj, Nais… ja chyba pójdę już. Naprawdę Tak będzie lepiej.
— To po coś pił? — spytała.
Patrzałem na nią, milcząc. Język nie zmienił nawet tak bardzo — tylko nic nie rozumiałem. Nie. To oni się zmienili. — Jak chcesz — powiedziała w końcu. — Nie trzymam cię. Ale teraz to… — Zmieszała się. Wypiła swoją lemoniadę — tak nazwałem w myśli ten musujący trunek — a ja znów nie wiedziałem, co powiedzieć. Jakie to wszystko było trudne.
— Opowiedz mi o sobie — zaproponowałem — chcesz?
— Dobrze. A ty mi potem powiesz?…
— Tak.
— Jestem na Kawucie, drugi rok. Opuściłam się trochę ostatnio, nie piastowałam regularnie, i… tak jakoś. Szóstkę mam nieciekawą. Tak naprawdę, to… nikogo nie mam. To dziwne…
— Co?
— Że nie mam…
I znów te ciemności. O kim mówiła? Kogo nie miała? Rodziców? Kochanków?
Znajomych? Jednak Abs miał rację, że bez ośmiu miesięcy w Adapcie nie dam sobie rady.
Ale teraz, bardziej może niż przedtem, nie chciałem, skruszony, wracać do szkółki.
— I co dalej? — spytałem, a że trzymałem wciąż kubek w ręku, pociągnąłem znowu łyk tego mleka. Oczy jej rozszerzyły się od zdziwienia. Coś, jakby kpiący uśmieszek, tknęło jej wargi. Wychyliła swój kubek do dna, sięgnęła ręką do puszystego okrycia ramion i rozdarła je
