
— Jak ci się spieszy. Jeszcze nic nie wiadomo.
— Nie powiedziałem nic złego — broniłem się — chciałem wiedzieć tylko… czemu tak patrzysz? Co ci jest? Nais!
Podniosła się wolno. Stanęła za fotelem.
— Jak dawno temu — mówiłeś? Sto dwadzieścia lat?…
— Sto dwadzieścia siedem. I co z tego?
— A czy ty… byłeś… betryzowany?
— Co to jest!
— Nie byłeś?!
— Kiedy nie wiem nawet, co to znaczy. Nais… dziewczyno, co się z tobą dzieje?
— Nie… nie byłeś — szeptała. — Gdybyś był, wiedziałbyś chyba…
Chciałem podejść do niej. Podniosła ręce.
— Nie zbliżaj się. Nie! Nie! Błagam cię! Cofała się ku ścianie.
— Przecież sama mówiłaś, że ten bryt… już siadam, No, siedzę, widzisz, uspokój się. Co to za historia, z tym be… coś tam?
— Nie wiem dokładnie. Ale… każdy jest betryzowany. Po urodzeniu.
— Co to jest?
— Zdaje się, że wprowadzają coś do krwi.
— Wszystkim?
— Tak. Bo właśnie… bryt… nie działa bez tego. Nie ruszaj się!
— Dziecko, nie bądź śmieszna. Zgasiłem papierosa.
— Nie jestem przecież dzikim zwierzęciem… Nie gniewaj się, ale… mnie się zdaje, że wyście wszyscy trochę sfiksowali. Ten bryt… no, zupełnie jakby skuwać wszystkim kajdankami ręce, bo a nuż ktoś jest złodziejem. W końcu… można mieć trochę zaufania.
— Doskonały jesteś — trochę jakby ochłonęła, ale wciąż nie siadała. — To dlaczego oburzałeś się tak przedtem, że sprowadzam obcych!
— To coś innego.
— Nie widzę różnicy. Na pewno nie byłeś betryzowany?
— Nie byłem.
— A może teraz? Jak wróciłeś?
— Nie wiem. Robili mi rozmaite zastrzyki. Co to ma za znaczenie?
— Ma. Robili ci? To dobrze. Usiadła. — Mam do ciebie prośbę — powiedziałem najspokojniej, jak umiałem. — Musisz mi to wytłumaczyć…
— Co?
— Twój strach. Bałaś się, że się na ciebie rzucę czy jak? Przecież to nonsens!
