
Drzewa rozstępowały się na boki i — nim ją jeszcze zobaczyłem — poczułem zapach wody, woń iłu, butwienia, namokłych liści; zamarłem.
Gąszcz czarnym kręgiem otaczał jezioro. Słyszałem szelest szuwarów i trzcin — a daleko, z drugiej strony, wznosił się — jedynym ogromem — masyw świetliście zeszklonych skał, na pół przejrzysta góra nad równinami nocy, widmowa jasność szła od pionowych zerw, najbledsza, błękitnawa, bastiony na bastionach, kryształ zastygły w blanki, przepaście — i ten jaśniejący kolos, niemożliwy i niewiarygodny, odbijał się długim, bledszym powtórzeniem w czarnych wodach jeziora. Stałem, osłupiały i zachwycony, wiatr przynosił najsłabsze, rozpływające się pogłosy muzyki i wyostrzając’ wzrok zobaczyłem kondygnacje i poziome terasy olbrzyma, jak w olśnieniu pojąłem, że po raz drugi widzę dworzec, gigantyczny Terminal, w którym błąkałem się poprzedniego dnia, i może nawet patrzę z dna ciemnego obszaru, który tak mnie zadziwił, w to miejsce, gdzie spotkałem Nais.
Czy to była jeszcze architektura, czy już budowanie gór? Musieli zrozumieć, że przekraczając określone granice trzeba zrezygnować z symetrii, z regularności kształtu, i uczyć się od tego, co największe — pojętni uczniowie planety!
Obszedłem jezioro. Kolos jak gdyby prowadził mnie swym nieruchomo świecącym wzlotem. Tak, to była odwaga zamierzyć taki kształt, nadać mu okrucieństwo przepaści, bezwzględność i chropawość urwisk, iglic, nie wpadając w mechaniczne kopiowanie, niczego nie zgubić, nie sfałszować. Wróciłem do ściany drzew. Blady, wstępujący w czarne niebo błękit Terminalu pokazywał się jeszcze poprzez gałęzie, aż zgasł, zaszedł w gąszczu.
