
— Ale, ale — z kim mam dzielić tę willę?
— Państwo Marger. On i ona.
— Czy wolno wiedzieć, co to za jedni?
— Mogę panu powiedzieć tylko, że to jest młode małżeństwo.
— Hm, A nie będę im przeszkadzał?
— Nie, skoro połowa willi jest do wynajęcia. Całe piętro będzie należeć wyłącznie do pana.
— Dobrze. Jak ja się tam dostanę?
— Najlepiej ulderem.
— Jak to zrobić?
— Podstawię panu ulder na dzień i godzinę, które pan wyznaczy.
— Zatelefonuję z mojego hotelu. Można?
— Proszę bardzo. Opłata będzie się liczyć od chwili, w której wejdzie pan do willi.
Kiedy wyszedłem, już rysował mi się mgliście plan. Nakupię książek i trochę sportowych różności. Najważniejsze jednak książki. Trzeba zaabonować też jakieś specjalistyczne pisma.
Socjologia, fizyka. Na pewno masę rzeczy zrobili przez te przeszło sto lat Prawda, muszę kupić jakieś ubrania.
Ale znów weszło mi coś w paradę. Za rogiem, nie wierząc własnym oczom, zobaczyłem auto. Prawdziwe auto. Może nie całkiem takie, jakie pamiętałem — karoseria była wymodelowana z samych ostrych kątów. Był to jednak autentyczny samochód, z pneumatykami, drzwiami, kierownicą — za nim stały inne. Za wielką szybą; na niej, wielkimi literami: ANTYKWARIAT. Wszedłem do środka. Właściciel — czy też sprzedawca — był człowiekiem. Szkoda — pomyślałem.
— Czy można kupić auto?
— Oczywiście. Jakie pan sobie życzy?
— A wiele kosztują?
— Od czterystu do ośmiuset itów.
Słono — pomyślałem. No, ale za starożytności trzeba płacić.
— A czy można nim jeździć? — spytałem,
— Rozumie się. Nie wszędzie, co prawda, są lokalne zakazy, na ogół jednak to możliwe.
— A jak z paliwem? — spytałem ostrożnie, bo nie miałem pojęcia, co kryje się pod maską. — Z tym nie będzie kłopotu. Jeden ładunek starczy panu na cały żywot auta. Wliczając, naturalnie, parastaty.
