
— Doktorze, przecież to nie ma żadnego— znaczenia — powiedziałem. Jego współczucie zaczynało mnie drażnić bardziej od obojętności innych. Ale tego nie mogłem mu powiedzieć.
— Ma, Bregg, chociaż pan nie chce przyjąć tego do wiadomości. Gdyby pan był kimś innym, milczałbym, ale panu należy się prawda. Jest pan sam. Człowiek nie może żyć sam.
Pana zainteresowania, to, z czym pan wrócił, są wysepką w morzu ignorancji. Wątpię, czy wielu ludzi chciałoby słuchać tego, co pan ma do opowiedzenia. Ja należę do takich łudzi, ale ja mam osiemdziesiąt dziewięć lat…
— Nie mam nic do opowiadania — odparłem zły. — W każdym razie nic sensacyjnego.
Nie odkryliśmy żadnej cywilizacji galaktycznej, poza tym byłem tylko pilotem. Prowadziłem statek. Ktoś musiał to robić.
— Tak? — powiedział cicho, unosząc białe brwi. Zewnętrznie byłem spokojny, ale ogarniała mnie pasja. — Tak! Po tysiąc razy tak! A ta obojętność, teraz — jeżeli już chce pan wiedzieć — obchodzi mnie tylko ze względu na tych, którzy zostali…
— Kto został? — zapytał całkiem spokojnie. Ochłonąłem.
— Wielu. Arder, Venturi, Ennesson. Doktorze, po co…
— Nie pytam z. prostej ciekawości. To była — niech mi pan wierzy, ja też nie lubię wielkich słów — jakby moja własna młodość. Przez was poświęciłem się temu studium.
Jesteśmy zrównani nieużytecznością. Naturalnie może pan tego nie uznać. Nie będę nalegał.
Ale chciałbym wiedzieć. Co się stało z Arderem?
— Dokładnie nie wiadomo — odpowiedziałem. Zrobiło mi się naraz wszystka jedno. W końcu czemu nie miałem mówić? Patrzałem na spękaną, czarną politurę biurka. Nie myślałem nigdy, że tak będzie to wyglądało.
