
— Dlaczego! Może to przez betryzację?
Milczał. Wydało mi się, że wie coś, czego nie chce mi powiedzieć. Wstałem.
— Bregg — powiedział — jeśli już o tym mówimy: niech pan uważa.
— Na co?
— Na siebie i na innych. Postęp nigdy nie przychodzi za darmo. Pozbyliśmy się tysiącznych niebezpieczeństw, konfliktów, ale trzeba było za to płacić. Społeczeństwo zmiękło, a pan jest, pan może być… twardy. Rozumie pan?
— Rozumiem — powiedziałem, myśląc o tym człowieku, który śmiał się w restauracji i umilkł, kiedy do niego podszedłem.
— Doktorze — powiedziałem nagle — prawda… spotkałem w nocy lwa. Nawet dwa lwy.
Dlaczego mi nic nie zrobiły?…
— Już nie ma drapieżników, Bregg… betryzacja… spotkał je pan w nocy? I co pan zrobił?
— Drapałem je po gardle — powiedziałem i pokazałem jak. — Ale z tą Iliadą, doktorze, to przesada. Miałem porządnego stracha. Co jestem panu winien?
— Proszę nawet nie myśleć o tym. I gdyby pan kiedykolwiek chciał…
— Dziękuję.
— Ale niech pan nie zwleka za bardzo — dodał prawie do siebie, kiedy już wychodziłem.
Dopiero na schodach zrozumiałem, co to znaczyło: miał prawie dziewięćdziesiąt lat.
Wróciłem do hotelu. W hallu był fryzjer. Oczywiście robot. Kazałem się ostrzyc. Byłem porządnie zarośnięty, z mnóstwem włosów nad uszami. Najbardziej siwe były skronie. Kiedy skończył, wydało mi się, że wyglądam trochę mniej dziko. Spytał melodyjnym głosem, czy uczernić.
— Nie — powiedziałem.
— Aprex?
— Co to jest?
— Przeciw zmarszczkom.
Wahałem się. Było mi okropnie głupio, ale może doktor miał rację.
— Niech będzie — zgodziłem się. Pokrył mi twarz warstwą ostro pachnącej żełatyny, która ścięła się w maskę. Leżałem potem pod kompresami, rad, że mam zakrytą twarz.
Pojechałem na górę; w pokoju leżały już paczki z płynną bielizną, zrzuciłem ubranie i wszedłem do łazienki. Było w niej lustro.
