
Nikt nie potrafi wpatrywać się z większym skupieniem od krasnoluda. Pomiędzy przepisowym żelaznym hełmem a brodą pozostaje już bardzo niewiele miejsca, dlatego wyrazy twarzy krasnoludów są bardziej skoncentrowane.
— Ehem — powiedział William. — Halo…
Jeden z krasnoludów przy wielkiej maszynie ożywił się pierwszy.
— Wracajcie do pracy, chłopcy — rzekł.
Podszedł i surowo spojrzał Williamowi w krocze.
— Dobrze się szanowny pan czuje?
William się skrzywił.
— Tego… Co się stało? Ja, no… Pamiętam, że zobaczyłem wóz, a potem coś mnie trafiło…
— Wyrwał się nam — wyjaśnił krasnolud. — Ładunek też się zsunął. Przepraszamy.
— A co się stało z panem Dibblerem?
Krasnolud przekrzywił głowę.
— Ten chudy człowieczek z kiełbaskami? — upewnił się.
— Zgadza się. Nic mu się nie stało?
— Nie wydaje mi się — odparł krasnolud ostrożnie. — Sprzedał młodemu Gromtoporowi kiełbaskę w bułce. To wiem na pewno.
William się zastanowił. Wiele pułapek czyhało w Ankh-Morpork na nieostrożnego przybysza.
— W takim razie… Czy panu Gromtoporowi nic się nie stało?
— Prawdopodobnie. Przed chwilą krzyknął przez drzwi, że czuje się o wiele lepiej, ale przez jakiś czas zostanie tam, gdzie jest.
Krasnolud sięgnął pod stół i z powagą wręczył Williamowi owinięty w brudny papier prostopadłościan.
— Pańskie, jak sądzę.
William odpakował klocek drewna. Pękł w miejscu, gdzie przejechało po nim koło wozu, a tekst był rozmazany. Westchnął.
— Przepraszam… — zainteresował się krasnolud — ale do czego to miało służyć?
— To blok przygotowany na drzeworyt — odparł William. Nie był pewien, w jaki sposób zdoła krasnoludowi spoza miasta wytłumaczyć samą ideę. — Wiesz, co to grawerowanie? Taki… Taki niemal magiczny sposób tworzenia wielu kopii pisma. Niestety, muszę iść i szybko przygotować drugi.
