
Dobra stara pani Fortuna… Można na niej polegać.
* * *
Mgła zgęstniała, zmieniając każde światło w mętnie lśniącą plamę i tłumiąc wszystkie odgłosy. Dla kaprala Nobbsa i sierżanta Colona stało się oczywiste, że żadna horda barbarzyńców raczej nie włączy inwazji na Ankh-Morpork w swoje plany podróżne tego wieczora. Strażnicy nie mieli do nich żalu.
Zamknęli bramę. Nie była to czynność tak dramatyczna, jak mogłoby się wydawać, jako że klucze zginęły gdzieś już dawno. Spóźnieni podróżni zwykle rzucali kamykami w okna domów zbudowanych na szczycie muru, aż trafili na znajomego, który podnosił sztabę. Zakładano, że obcy najeźdźcy nie będą wiedzieli, w które okna rzucać kamykami.
Następnie obaj strażnicy powlekli się przez błoto i topniejący śnieg do Bramy Wodnej, przez którą rzeka Ankh miała szczęście wlewać się do miasta. Woda była niewidoczna w mroku, ale niekiedy dryfował pod parapetem widmowy kształt kry lodowej.
— Chwila — rzucił Nobby, kiedy chwycili za kołowrót kraty. — Ktoś tam jest na dole.
— W rzece? — zdziwił się Colon.
Zaczął nasłuchiwać. Daleko w dole usłyszał skrzypienie wioseł. Zwinął dłonie przy ustach i wydal tradycyjny okrzyk policyjnego wezwania:
— Hej! Ty!
Na chwilę zapadła cisza; słychać było tylko wiatr i szum wody. Potem odezwał się głos.
— Tak?
— Atakujecie miasto czy co? Znowu chwila milczenia. I:
— Co?
— Co co? — Sierżant Colon podniósł stawkę. — Jakie były inne możliwości?
— Nie gadaj mi tu głupot… Czy wy, tam na dole, w łódce, atakujecie miasto?
— Nie.
— To w porządku — ucieszył się Colon, który w taką noc chętnie wierzył ludziom na słowo. — No to ruszajcie się, bo zaraz opuszczamy kratę.
Po chwili wiosła zachlupotały, a ich skrzypienie ucichło w dole rzeki.
— Myślisz, że to wystarczy tak ich zwyczajnie zapytać? — odezwał się Nobby.
