
Fakt, że zamiast chodzić praktycznie, słaniał się na nogach, uznano za nieistotny.
W tym czasie tubylcy zdążyli podejść do statku. Zebrali się wokół wymieniając z lekceważeniem jakieś uwagi. Były to istoty dwunożne, o krótkich, grubych ogonach i rysach przypominających zjawy ze straszliwych koszmarów sennych. Ich ciała były koloru jaskrawopomarańczowego.
Bentley zdążył również zauważyć, że są uzbrojeni.
Dostrzegł noże, włócznie, lance, kamienne młoty i siekiery.
Na widok broni uśmiech zadowolenia przemknął mu po twarzy. Usprawiedliwiała ona czterdzieści dodatkowych kilogramów, które nosił na swych barkach od chwili opuszczenia Ziemi.
Nieważny był zresztą rodzaj uzbrojenia tubylców, mogli dysponować nawet bombą atomową — i tak nie byli w stanie mu zagrozić.
To właśnie uświadomił mu jeszcze na Ziemi profesor Sliggert, szef Instytutu i wynalazca Proteca.
Bentley otworzył właz. Telianom wyrwały się okrzyki zdumienia. Automatyczny tłumacz po paru sekundach niepewności przełożył je:
— Och! Ach! Jakie to dziwne! Niewiarygodne! Śmieszne!
Nadzwyczaj niewłaściwe!
Bentley zszedł po drabince, usiłując ostrożnie balansować swymi dodatkowymi kilogramami. Tubylcy otoczyli go półkolem, broń trzymali w pogotowiu.
Zbliżył się do nich. Odsunęli się. Z miłym uśmiechem zaczął:
— Przybyłem jako przyjaciel.
Aparat wyszczekał kilka chrapliwych dźwięków w języku Telian.
Chyba mu nie uwierzyli. Włócznie nadal były gotowe do ataku, a jeden z Telian, najpotężniejszy i noszący wielobarwne przybranie na głowie, trzymał topór przygotowany do walki.
Bentley poczuł, że oblatuje go strach. Nie byli w stanie go zranić. To jasne. Póki miał na sobie Proteca, nic nie mogli mu zrobić. Nic! Profesor Sliggert był tego więcej niż pewien.
Przed startem profesor Sliggert założył mu Proteca na plecy, zamocował rzemienie i odszedł parę kroków, by podziwiać swe dzieło:
