Szafeczka, w której na półkach stały butelki rozmaite, na samych drzwiczkach również, maleńkie, ale zawierające w sobie napoje, wcale mi nie obce. Wino, koniak, piwo, coś jeszcze… whisky… ach, to wódka angielska, czytałam o tym. przypomniałam sobie nazwę. Ciekawość mnie zdjęła, by tego spróbować, ale przecież nie przy ludziach…! Torebeczki jeszcze jakieś, orzeszki solone, taką nazwę miały. W głębi leżała mała butelka szampana i coś jeszcze, trójkątne, żółte, podługowate…

Oczywiście, spiżarnia podręczna. Pomysł przedni i wygoda wielka dla gościa. Rozumiejąc doskonale stan własny, w jakim się znalazłam, bez wielkiego namysłu sięgnęłam po koniak we flaszeczce tak małej, jak na medykament, zamknęłam szafeczkę, jednym rzutem oka odkryłam kieliszek na stole stojący i jeszcze stropiłam się na myśl o korku. I tu znów ojcowskie eksperymenty przyszły mi z pomocą, instynktownie, palcami chwyciwszy, przekręciłam silnie górę koniakowej flaszki. Prztyknęło lekko i ruszyło.

Wypiłam cały ten koniak i od razu poczułam się żwawiej. Wróciła mi jakoś przytomność umysłu i zwykła energia. Przyszło mi do głowy, że wobec tych wszystkich, niepojętych osobliwości powinnam może obejrzeć także własne rzeczy i własne odzienie, bo skoro nie mam Zuzi, sama o siebie muszę zadbać. Zwróciłam się ku sepetom.

Gorset…! Już pierwsza myśl o nim wprawiła mnie w zakłopotanie, bo jakże miałam zasznurować się z tyłu…? Na moment bezradna się poczułam, ale cud chyba jakiś sprawił, że od razu ujrzałam drugi, z przodu zapinany, i chwyciłam go skwapliwie. Kto też był na tyle przezorny, by go tak zręcznie i rozumnie zapakować, bo przecież nie ja sama…? Zuzia zapewne…

Jak to się mogło stać, że nie zabrałam jej ze sobą? I któż mi, wobec tego, pomagał na postojach…?

Nagle przypomniałam sobie. Ależ tak, wszak to już w Dreźnie przypadła do mnie jakaś zapłakana dzieweczka, którą jej pani zostawiła z nagła własnemu losowi, bez zaopatrzenia żadnego, i która, z okolic Paryża pochodząc, do domu wrócić pragnęła. Darmo służyć chciała przez drogę, byle ją zabrać, co przecież uczyniłam. Nawet nie wiem, jak miała na imię, bo w całym moim skłopotaniu “Zuziu” do niej mówiłam, ona zaś chyba, przygotowawszy mnie do snu, zaraz w nocy do swoich pobiegła. Z tej przyczyny jej nie ma…



13 из 360