
Maksym wsunął się do kabiny, przełączył sterowanie na samoremont, uruchomił autoanalizator i skierował się ku rzece. Przygoda. Fakt. Ale co dla nas znaczą takie przygody. Nuda. W GOZ-ie — Grupie Otwartego Zwiadu — nawet przygody są zrutynizowane. Atak meteorytowy, uszkodzenie ciała, atak promienisty, awaria przy lądowaniu…
Wysoka, łamliwa trawa szeleściła i chrzęściła pod nogami. Z jękliwym brzęczeniem nadleciała chmara jakichś komarów, pokręciła się koło twarzy i odleciała. Poważni, dorośli ludzie nie latają w Grupie Otwartego Zwiadu. Dorośli, poważni ludzie mają swoje własne poważne, dorosłe sprawy i w dodatku wiedzą, że te wszystkie obce planety są w gruncie rzeczy jednakowe i tak samo nużące. Jednostajnie nużące. Nużąco jednostajne… Co innego, jeżeli się ma dwadzieścia lat, jeżeli właściwie niczego porządnie się nie umie i na dobrą sprawę nie wie, co by się chciało umieć, jeżeli nie potrafi się cenić swego największego skarbu — czasu, jeżeli dominantą dwudziestoletniej osobowości, tak samo jak dziesięć lat temu, pozostaje nie głowa, lecz ręce i nogi; jeżeli, jeżeli, jeżeli… Wówczas proszę bardzo. Możesz wtedy wziąć katalog, otworzyć go na dowolnej stronie, dotknąć palcem dowolnego wiersza i lecieć przed siebie, odkrywać planetę, nazywać ją własnym imieniem, określać dane fizyczne, walczyć z potworami, gdy na takowe natrafisz, nawiązywać kontakty — jeśli jest z kim, zabawiać się w Robinsona — jeśli nikogo nie znajdziesz… Nie znaczy to przy tym wcale, że to wszystko zrobiłeś na darmo. Podziękują ci, powiedzą, że wniosłeś cenny wkład. Jakiś wybitny specjalista zaprosi cię na szczegółową
