Strzepnął z obrzydzeniem palcami i wytarł je o piasek. Potem przykucnął i zamyślił się. Próbował wyobrazić sobie mieszkańców tej z pewnością niezbyt szczęśliwej planety. Gdzieś za lasami było miasto, z pewnością niezbyt piękne, brudne fabryki zanieczyszczające rzeki radioaktywnymi pomyjami, brzydkie cudaczne domy pod żelaznymi dachami. Dużo ścian, mało okien, brudne szczeliny pomiędzy domami zawalone odpadkami i truchłami zwierząt domowych, głęboka fosa wokół miasta i zwodzone mosty… Chociaż nie, to wszystko było przed fabrykami… No i ludzie. Spróbował wyobrazić sobie tych ludzi, ale nie zdołał. Wiedział tylko, że noszą bardzo dużo odzieży, że są po prostu zapakowani w grubą, szorstką tkaninę, a wysokie białe kołnierze obcierają im szyje. Potem zobaczył ślad na piasku.

Ślady bosych nóg. Ktoś zlazł z urwiska i wszedł do rzeki. Ktoś o wielkich szerokich stopach, ciężki, krzywonogi i niezręczny. Niewątpliwie humanoid, ale u nóg miał po sześć palców. Postękując i sapiąc spełzł z urwiska, przekuśtykał po piasku, zanurzył się z pluskiem w radioaktywnej wodzie, parskając popłynął na drugi brzeg i ukrył się w trzcinach.

Jaskrawoniebieski błysk rozświetlił wszystko dokoła niczym uderzenie błyskawicy i natychmiast nad urwiskiem zahuczało, zasyczało, zatrzeszczało. Maksym zerwał się na równe nogi. Z urwiska sypała się sucha ziemia, coś z niebezpiecznym świstem przemknęło po niebie i upadło pośrodku rzeki, wznosząc fontannę wody pół na pół z białą parą. Maksym zaczął biec pod górę. Wiedział już, co się stało, nie rozumiał jedynie, dlaczego, nie zdziwił się więc, kiedy w miejscu, gdzie dopiero co stał statek, zobaczył kłębiący się słup rozżarzonego dymu, który niczym gigantyczny korkociąg wwiercał się w fosforyzującą opokę nieba.



4 из 327