
— Dobry… — krzyknął poprzez hałas i rozkaszlał się. Wciąż kaszląc, wstał niepewnie i podszedł do ściennego zbiornika, by utoczyć szklankę wody; pociekła cienkim, brązowawym strumykiem. Wypił ją i postukał knykciami w miernik poziomu, aż ten podskoczył, zawahał się i opadł w pobliże napisu: Pusty. Zbiornik wymagał napełnienia i Andy będzie musiał dopilnować tego, nim wyjdzie o czwartej na służbę. Dzień się zaczął.
Przysunął twarz do wielkiego pękniętego lustra pokrywającego cały fronton szafy i potarł szczeciniasty policzek. Trzeba będzie się jeszcze ogolić przed wyjściem. Nie należy spoglądać na siebie wcześnie rano, gdy jest się nagim i wystawionym na ciosy, pomyślał, z niesmakiem przyglądając się chorobliwej bieli skóry i krzywym nogom, które zwykle w spodniach wyglądały nie najgorzej. Jak udało ci się osiągnąć stan, w którym żebra sterczą jak u głodującej szkapy, a brzucho rośnie coraz większe? Uszczypnął miękką skórę, dochodząc do wniosku, że musi to być wynik diety skrobiowej i przesiadywania w tej klitce. Jedno co dobre, to że tłuszcz nie pojawił się na twarzy, chociaż, niestety, czoło co roku było wyższe — nie było to zbyt widoczne, jak długo krótko przycinał włosy. Dopiero co przekroczyłeś trzydziestkę, pomyślał, a już robią ci się worki pod oczami. I masz za duży nos; czy to nie wujek Brian powtarzał zawsze, że to przez walijską krew w rodzinie? Zaś uzębienie masz po wilkach i gdy się uśmiechasz to wyglądasz jak rozradowana hiena. Przystojny z ciebie diabeł, Andy Rusch, lecz czy możesz powiedzieć mi, kiedy ostatni raz miałeś randkę? Skrzywił się do siebie i poszedł poszukać chustki, by wytrzeć swój imponujący walijski nos.
W szufladzie została już tylko jedna para czystych gatek; założył je stwierdzając, że oto jest kolejna rzecz, którą musi dzisiaj zrobić — pranie. Pisk za ścianką działową nie ustawał. Andy pchnął drzwi łączące pomieszczenia.
