— Nie podoba mi się ta pozycja — powiedziałem.

— Mnie również — zgodził się Gepard.

Ja myślę! Tu była nie tylko ta świetna pozycja. Tu były jeszcze tapiry. Co najmniej sto sztuk, i łaziły po tej swojej pozycji jak po bazarze. To znaczy niektóre zebrane do kupy paliły ogniska. Inne po prostu stały, chowając ręce w rękawy. A jeszcze inne łaziły w kółko. Obok okopów poniewierały się karabiny, sterczały cekaemy bezmyślnie wpatrzone lufami w niskie niebo. Na środku drogi ni z gruszki, ni z pietruszki tkwił ugrzęzły w błocie miotacz rakiet. Na lawecie siedział niemłody tapir, nie wiadomo — wartownik czy może tak sobie przysiadł, zmęczony łażeniem. Zresztą nikomu nie szkodził — siedział i dłubał palcem w uchu.

Jakoś nieprzyjemnie zrobiło mi się od tego wszystkiego. Ach, gdyby to ode mnie zależało, przejechałbym po tym bazarze serią z cekaemu… Z nadzieją spojrzałem na Geparda, ale Gepard milczał i tylko wodził swoim garbatym nosem z lewa na prawo i z powrotem.

Potem usłyszałem gniewne głosy i się obejrzałem. Pod drabiną ostatniego domu kłóciły się dwa tapiry. Nie mogły podzielić między sobą drewnianego koryta — każdy ciągnął w swoją stronę, bluzgając najgorszymi przekleństwami, i do tych właśnie strzeliłbym ze szczególną przyjemnością. Gepard powiedział:

— Przyprowadź.

W sekundę byłem przy tych bydlakach, lufą automatu dałem po łapach jednemu, potem drugiemu, a kiedy wypuściły swoje koryto i wytrzeszczyły na mnie gały, pokazałem głową na Geparda. Nawet nie pisnęły. Oba od razu spociły się jak myszy. Wycierając w biegu pyski rękawami, świńskim truchtem podbiegły do Geparda i zastygły na dwa kroki przed nim jak dwa niechlujne spocone toboły. Gepard bez pośpiechu podniósł trzcinkę, przymierzył się, jakby grał w bilard, i przylał po mordzie, raz jednemu, raz drugiemu, potem spojrzał na to bydło i powiedział tylko:



5 из 103