
— Biegiem marsz! — krzyknąłem po ichniemu.
Pobiegli. Biegną powoli, kiepsko. Blondynek kuleje. Ciężko ranny, to znaczy, pewnie skręcił nogę w łaźni. Nie szkodzi, dokuśtykasz, gdzie trzeba.
Dobiegliśmy do przeciwległego krańca wsi, a tam czekają ciężarówki. Chłopcy zobaczyli nas, gwiżdżą, krzyczą. Wybrałem największą kałużę, położyłem jeńców jadaczkami w błoto i podszedłem do pierwszej ciężarówki, w której siedział Kleszcz. A Kleszcz już wyskoczył i idzie mi na spotkanie; morda wesolutka, wąsiki sterczą, w zębach kościana cygarniczka według mody starszych roczników szkoły.
— No i co powiesz, bracie kamikaze? — pyta mnie.
Melduję mu — tak i tak, tak wygląda sytuacja, a jeńców koniecznie trzeba najpierw przesłuchać, i już od siebie:
— Nie zapomnij o mnie, Kleszcz — mówię. — Przecież to ja ich tu przyprowadziłem…
— Chodzi ci o obrożę? — pyta z roztargnieniem, a sam rozgląda się dookoła.
— Aha! No bo kto ich przyprowadził?
— Tylko nie wiem — na czym? Nie będę ich przecież ciągnął do lasu…
— A na palach?
— Można oczywiście i na palach.
— To znaczy, że mogę?
Kleszcz tylko na mnie spojrzał i już wiedziałem, że nic z tego.
— Tak… — mówi. — Ty się tu będziesz zabawiał, a Gepard tam czeka sam jeden? Bierz no trzy dwójki i biegiem do Geparda. Szybko!
Trudno. Nie mam, jak się okazuje, szczęścia. Spojrzałem po raz ostatni na moich pasiastych, zarzuciłem automat na ramię i wrzasnąłem z całej siły:
— Dwójki, pierwsza, druga, trzecia — do mnie!
Kocięta z tupotem wysypały się z ciężarówki: Zając z Kogutem, Nosal z Krokodylem, Snajper z tym… jak mu tam… nie przywykłem jeszcze do niego, dopiero co przenieśli go do nas z Piggańskiej Szkoły — zabił tam nie tego, co trzeba, przenieśli go więc do nas.
