
Po rytualnych powitaniach Maris zamknęła oczy i wyrecytowała wiadomość. Nie zastanawiała się nad treścią i zupełnie jej ona nie obchodziła. Wypowiadała kolejne słowa bez udziału świadomości. Pomyślała, że prawdopodobnie chodzi o politykę. Ostatnimi czasy wszystko sprowadzało się do polityki.
Kiedy wiadomość została przekazana, Maris otworzyła oczy i uśmiechnęła się do zwierzchnika — rozmyślnie, albowiem mężczyzna sprawiał wrażenie zatroskanego jej słowami. Jednakże szybko otrząsnął się i odwzajemnił jej uśmiech.
— Dziękuję — powiedział trochę niepewnym głosem. — Dobrze się spisałaś.
Zaproponowano jej nocleg, ale odmówiła. Do rana burza mogła zupełnie ustać, a poza tym nocne latanie było przyjemne. Tor i Giną wyszli razem z dziewczyną i odprowadzili ją po skalistej ścieżce aż do skały lotników. Osadzone w kamiennym podłożu latarnie rozpraszały mrok, dzięki czemu wspinaczka po krętym szlaku była bezpieczniejsza.
Na samej górze znajdował się naturalny występ, pogłębiony i poszerzony ludzkimi rękami. Dalej rozciągał się głęboki na kilkadziesiąt metrów uskok; na kamienistą plażę wdzierały się przybrzeżne fale. Giną i Tor rozwinęli skrzydła Maris i zablokowali rozporki. Napięta metalowa powierzchnia zajaśniała srebrzystym blaskiem. Maris skoczyła.
Dała się porwać wiatrowi i znowu leciała nad ciemnym morzem, słysząc pomruki dudniącej w górze burzy. Kiedy była już wysoko, ani razu nie obejrzała się na dwoje tęsknie śledzących ją ludzi. Wiedziała, że niebawem i ona będzie musiała się zadowolić życiem na lądzie.
Nie skręciła w kierunku domu. Popłynęła wraz z porywistą nawałnicą, która wiała teraz gwałtownie na zachód. W każdej chwili należało się spodziewać grzmotów i deszczu; w takich warunkach Maris musiałaby wzbić się ponad chmury, aby znaleźć lepsze schronienie przed piorunem. W okolicach domu zapewne panował spokój. Ludzie przeczesywali plaże w nadziei, że wiatry przywiały coś ciekawego. Być może ten czy ów spuścił łódkę, aby nie wrócić z całodziennego połowu z pustymi rękami.
