— Trzydzieści milionów — powtórzył Bliss; na jego okrągłej rumianej twarzy perliły się krople potu. — Pomyśl o tym. A jeszcze będą powtórki.

— Prędzej umrę, zanim doczekam się jakichś pieniędzy za powtórki tego show. I Bogu dzięki — odparł krótko Jason.

— Pewnie umrzesz dziś wieczór — powiedziała Heather — bo na zewnątrz czeka zbity tłum twoich wielbicieli. Tylko czekają, żeby rozszarpać cię na kawałki wielkości znaczków pocztowych.

— Niektórzy z nich to pani wielbiciele, panno Hart — rzekł Bliss głosem zziajanego psa.

— Niech ich szlag — rzuciła szorstko Heather. — Czemu sobie nie pójdą? Czy w ten sposób nie łamią przepisów, na przykład o zgromadzeniach?

Jason wziął ją za rękę i mocno uścisnął, ściągając na siebie jej spojrzenie i groźne zmarszczenie brwi. Nigdy nie rozumiał jej niechęci do fanów; dla niego byli podstawą publicznej egzystencji, a publiczne istnienie w roli artysty światowej sławy było kwintesencją istnienia i kropka.

— Skoro tak uważasz — powiedział do Heather — nie powinnaś być artystką kabaretową. Powinnaś dać sobie spokój, zająć się działalnością społeczną w jakimś obozie pracy.

— Tam też są ludzie — odparła ponuro Heather. Dwaj policjanci z ochrony przecisnęli się do Jasona i Heather.

— Oczyściliśmy korytarz najlepiej, jak było można — wysapał grubszy policjant.

— Chodźmy już, panie Taverner, zanim tłum obstawi boczne wyjścia. Dał znak trzem innym policjantom, którzy natychmiast ruszyli ku rozgrzanemu, zapchanemu przejściu wiodącemu na pogrążoną w mroku ulicę. Czekał tam zaparkowany rolls w całej swojej kosztownej wspaniałości, pulsując odrzutowym silnikiem na jałowym biegu. Jak mechaniczne serce, pomyślał Jason. Serce, które biło tylko dla niego — gwiazdy telewizji. No cóż, prawdę mówiąc, pulsowało również, odpowiadając na potrzeby Heather.



2 из 202