— Chcę cię poślubić — powiedziała Heather. — Wtedy nie będziemy mówili o twoim czy moim domu, ale o naszym. A ja przestanę śpiewać i będę miała troje dzieci, wszystkie podobne do ciebie.

— Dziewczynki też?

— Będą sami chłopcy.

Pochylił się i pocałował ją w nos. Uśmiechnęła się, wzięła go za rękę i poklepała po niej czule.

— Możemy polecieć, dokąd zechcesz — rzekł do niej cichym, stanowczym, opanowanym, niemal ojcowskim głosem; to zazwyczaj działało na Heather, kiedy wszystko inne zawodziło. Zawsze mogę po prostu odejść, pomyślał.

Obawiała się tego. Czasami w trakcie kłótni, szczególnie w domu w Zurychu, gdzie nikt nie mógł ich podsłuchać i rozdzielić, widział lęk na jej twarzy. Perspektywa samotności przerażała ją; on o tym wiedział i ona wiedziała. Ten strach był częścią ich wspólnego życia, ale nie tego przeznaczonego na użytek publiczności, które jako zawodowi artyści całkowicie i racjonalnie kontrolowali. Jakkolwiek byliby zagniewani czy wzburzeni, funkcjonowali razem w wielkim świecie widzów, wielbicieli, hałaśliwych fanów. Nawet głęboka nienawiść nie mogła tego zmienić.

Między nimi nie mogło być jednak nienawiści. Zbyt wiele ich łączyło. Tak wiele brali od siebie wzajemnie. Nawet przelotny kontakt fzyczny, taki jak teraz, kiedy siedzieli w lecącym rollsie, sprawiał im przyjemność. Przynajmniej dopóki trwał.

Sięgnął do wewnętrznej kieszeni szytego na miarę garnituru z prawdziwego jedwabiu — zapewne jednego z dziesięciu na całym świecie — i wyjął plik banknotów z rządowym certyfkatem. Była to spora liczba banknotów ściśniętych w gruby zwitek.

— Nie powinieneś nosić przy sobie tyle gotówki — upomniała go Heather tonem apodyktycznej matki, którego tak bardzo nie lubił.



6 из 202