
Jakiś mężczyzna, kurczowo uczepiony sznurowej tratwy, został wessany w środek niestabilności.
Przy tak dużym dystansie Dura nie miała pewności, ale wydawało jej się, że rozpoznaje Eska. Znajdowała się w odległości kilkudziesięciu ludzi od Sieci — tak daleko, że nawet nie mogłaby go zawołać, a co dopiero udzielić pomocy, a jednak widziała przebieg wydarzeń tak wyraźnie, jakby zmierzała ku śmiertelnemu łukowi ramię w ramię ze swoim zagubionym kochankiem.
Trzymając kurczowo fragment Sieci, Esk potoczył się przez płaszczyznę drżącej, uformowanej w łuk niestabilności i zaczął nierówno krążyć dookoła niej. Był bezwładny jak szmaciana lalka. Jego trajektoria szybko wytraciła energię; nie stawiając oporu, poruszając się po spirali, dotarł do środka i zaczął orbitować wokół łuku jak obłąkane prosiątko powietrzne.
Ciało mężczyzny eksplodowało. Odsłonięta klatka piersiowa i jama brzuszna nasuwały skojarzenie z otwierającymi się oczami, zaś kończyny odrywały się od korpusu swobodnie, zupełnie jak w zabawce.
Farr wydał nieartykułowany okrzyk. Użył głosu po raz pierwszy od momentu, gdy zostali odepchnięci od Sieci.
Dura przechyliła się i mocno ujęła jego dłoń.
— Posłuchaj mnie! — krzyknęła, starając się zagłuszyć ciągły szum fali cieplnej. — To nie było tak groźne, jak wyglądało. Kiedy Esk uderzył w łuk, od dawna nie żył. — Mówiła prawdę. Gdy tylko mężczyzna znalazł się w rejonie, w którym uległa załamaniu nadciekłość Jego procesy życiowe — oddychanie, krążenie, praca mięśni, wszystko, co zależało od wykorzystania nadciekłości Powietrza — musiały się zakończyć. Z chwilą, gdy stracił siły, a Powietrze w nadprzepuszczalnych naczyniach włosowatych jego mózgu uległo skrzepnięciu, zapewne czuł się, jakby łagodnie zasypiał.
