
— Żeby tylko nie była zamieszkana. — Fleming wypowiadał słowa swej entuzjastyczno-handlowej modlitwy. — Żeby cała należała do nas. Do nas, Howard! Ziemiopodobna planeta! Boże, za samą powierzchnię możemy dostać majątek, nie mówiąc już o prawach eksploatacji minerałów, prawach budowy stacji paliwowych i tylu innych rzeczach.
Howard przełknął ostatni kawałek avocado. Ten młody Fleming wiele się jeszcze musi nauczyć. Odkrywanie planet i handel nimi było biznesem, takim samym jak uprawa i handel pomarańczami. Z małą różnicą, oczywiście: pomarańcze nie są niebezpieczne, a planety bywają. A jednak pomarańcze nie przynoszą takich dochodów, jakie można uzyskać z planet.
— Wylądujemy zaraz? — spytał Howard. — Tylko ta stacja kosmiczna przed nami nasuwa mi wniosek, że mieszkańcy mogą uważać, iż to ich planeta.
Fleming spojrzał. Rzeczywiście, stacja kosmiczna, poprzednio przysłonięta przez planetę, kołysała się przed ich oczami.
— Do licha — powiedział Fleming, a jego wąska, piegowata twarz wykrzywiła się w grymasie. — Jest więc zamieszkana. Czy sądzisz, że moglibyśmy…
Nie dokończył zdania, ale rzucił okiem na celownik wyrzutni.
— Hm… — Howard spojrzał na stację, szacując jej poziom techniczny, a potem popatrzył na planetę. Z żalem potrząsnął głową. — Nie, nie tym razem.
— No, dobrze — odparł Fleming. — Mamy przynajmniej pierwszeństwo w koncesjach handlowych. — Wyjrzał ponownie przez luk i złapał Howarda za ramię: — Spójrz… ta stację!
W poprzek starej metalicznej powierzchni kuli mrugały jasne światła.
