Barnett pokręcił głową.

— Nie dopuści cię bliżej niż na dziesięć stóp do śluzy. Nie, daj pomyśleć.

Było tam coś na pokładzie, czym mógł się posłużyć? Stosy?

— Ja mam łącza, kapitanie — powiedział Victor.

— Dobrze. Wobec tego nie ma tam nic, co…

— Kwas — wtrącił Agee. — Bardzo mocny. Ale nie przypuszczam, aby mógł nim wiele zdziałać.

— Nic a nic — przytaknął Barnett. — Jesteśmy na tym statku i nie ruszymy się z niego. Na początek oderwijmy go od ziemi.

Agee patrzył na deskę rozdzielczą. Jeszcze pół godziny temu prawie ją rozumiał. Teraz wydawała mu się chytrą, śmiercionośną pułapką — potrzaskiem, którego niewidoczne druciki prowadzą nieuchronnie do zniszczenia.

Pułapka była niezamierzona. Ale statek kosmiczny był siłą rzeczy machiną przeznaczoną nie tylko do podróżowania, ale i do życia. Przyrządy musiały starać się odtwarzać naturalne środowisko obcego, zaspokajać jego potrzeby.

Dla nich trzech mogło się to okazać fatalne w skutkach.

— Szkoda, że nie wiemy z jakiego rodzaju planety gość pochodzi — odezwał się żałośnie Agee. Gdyby znali warunki naturalne obcego, potrafiliby przewidzieć zachowania jego statku.

Wiedzieli tylko tyle, że oddycha trującym żółtym gazem.

— Dobrze nam idzie — oświadczył bez przekonania Barnett. — Znajdź tylko przycisk napędu, a resztę zostawimy w spokoju.

Agee odwrócił się do konsolety.

Barnett ciekaw był, co zamierza obcy. Zapatrzył się w sylwetkę swojego dawnego statku, widoczną na tle wieczornego nieba i słuchał niesamowitego odgłosu uderzania metalu o nie metal.


Kalen zdziwił się bardzo, żę jeszcze żyje. Ale popularne wśród ludu porzekadło głosiło, że “Mabogianin umiera natychmiast, albo wcale”. Na razie okazało się, że wcale.

Skołowany, usiadł i oparł się o drzewo. Pojedyncze czerwone słońce wisiało nisko nad horyzontem, a wokół Kalena wirowały podmuchy trującego tlenu.



10 из 28